:::: MENU ::::

Fantastyczny dziennik Marii Dunkel, która codziennie widzi w lustrze ogień i śmierć

poniedziałek, 14 listopada 2016



Kiedy we wrześniu czytałam, co Rusty Angel sądzi o Legendach polskich, podzieliłam sobie jej opinię przez trzy, bo ja trochę nie z tych tumblerowych blogerów, co liczą składową rasowej i genderowej dywersyfikacji w każdym dziele. Chociaż nie ukrywam, że w miarę dorastania brak adekwatnych do mojej własnej postawy życiowej bohaterek literackich drażni mnie coraz bardziej. Nie tylko w prozie polskiej - czytając LeGuin zdałam sobie sprawę, że od lat nie znalazłam nigdzie postaci tak mi bliskiej jak Ged, a on wszak kobietą z żadnej strony nie jest, więc to ciągle nie to. Świat jednak ostatnio toczy się jakby bardziej w tył niż do przodu, więc chyba muszę z tym żyć.

Niemniej wpis na Fangirl's Guide... no wiecie... zniechęcił mnie do projektu na tyle skutecznie, że obejrzałam dopiero Operację Bazyliszek. I doprawdy, trzeba było zostać zniechęconym, no. Dla zdrowia swojego i wszystkich innych. Było to kiepskie, słabe, momentami żenujące doświadczenie, co boli mnie głównie dlatego, że od pierwszego kadru chciałam, aby wyszło. Fajnie, że fantastyka doczekała się takiego poziomu realizacji, tyle mogę powiedzieć, bo wizualnie, pod względem efektów specjalnych, gry aktorskiej, dźwięku, muzyki, jest naprawdę całkiem przyzwoicie.

Moje pretensje do Legend rozbijają się całkowicie o fabułę, bohaterów i angaż szarych komórek na poziomie zera (plus błąd statystyczny). Bo oto mamy dwóch chłopów na rybach, z czego jeden to wąsaty Janusz. Oglądają dziwne wyładowania atmosferyczne, jedzą tajemniczo utrupione piorunem ryby (gratuluję instynktu samozachowawczego), chlają, śpią pod gwiazdami i gadają o tym, jakie baby są złe. W międzyczasie przejeżdża sobie karawana pojazdów z organizacji o dziwnej nazwie, a chociaż państwo ci mają w pierdyliard tajemniczych amuletów, luster, piórek i innych, to chyba nie wiedzą, do czego to służy, bo właściwie padają jak muchy w starciu z Bazyliszkiem. Dodajmy do tego, że głowny bohater jest niebieskookim blondynem, w kluczowym momencie okazuje się nagle i z dupy policjantem, a poza tym dobrze mu idzie podbicie do wyśnionej lasencji, co to na misję rusza z idealnym makijażem oczu. To teraz już wiecie, czemu najsympatyczniejszy był mówiący dziecięcym głosikiem Bazyliszek vel Bazyl?

Kibicowałam zresztą Bazylowi do końca, ale na nic się to zdało, bo kochanieńki kurczaczek musiał zostać rozjechany przez Janusza samochodem (to był element komiczny), a następnie pokonany mocą słowiańskiego wkurwu (to był element epicki i dosłowny cytat). Dziękuję, kurtyna. Nawet mi nie jest przykro za te spoilery. Bo jeśli serio naszym dobrem narodowym, które powinniśmy opiewać w legendach, jest wkurw, Janusze i błękitnoocy blondyni oraz oczywiśce debilne, niekompetentne oddziały specjalne, to ja się wymiksuję z tej imprezy. Jest mi przykro, że sami się sprowadzamy do pustych, nieciekawych stereotypów i żal mi potencjału, zmarnowanego na opowieść bez puenty, sensu i przede wszystkim czegokolwiek interesującego. Kotlet to sobie mogę odgrzać w mikrofalówce.

piątek, 11 listopada 2016

Stosiki są w świecie blogowym popularne. Ja stosików nie będę robić - taka już jestem na przekór - ale postanowiłam złożyć mały raport z tego, co aktualnie czytam, wkrótce będę czytać i w następnej kolejności zamierzam przeczytać.

Obecnie czytam...
Le Guin Ziemiomorze - całe, jestem na Czarnoksiężniku z Archipelagu
King Christine

Na przeczytanie czekają...
Mieville Ambasadoria
Huberath Vatran Auraio
Silverberg Autostrada w mrok
Sanderson Dusza Cesarza
National Geographic Pierwsi faraonowie

Prawdopodobnie jako następne przeczytam...
Patterson Ludojady z Tsavo
Zusak Złodziejka książek
Stephens Projektowanie nowoczesnych aplikacji sieciowych z użyciem AngularJS i Bootstrapa (domyślam się, że jesteście bardzo zainteresowani!)
Joann Kot Rabina
Adams Wodnikowe Wzgórze

Nie obiecuję, że napiszę notkę na temat każdego z tych tytułów, ale część pewnie się pojawi. Może jesteście czegoś wybitnie ciekawi? Wtedy, kto wie, spróbuję się poświęcić nawet jeśli nie poczuję tematu.  
   

wtorek, 8 listopada 2016


Pytanie, po co właściwie nam cała ta nauka, cisnęła mi się na usta przez większość lektury sierpniowego Scientific American. Badania odnośnie sinic, hormonów empatii, ciem, zórz polarnych w przeszłości, kolorowych rybek i ciekawostek zdawały się zaprzątać naukowców, na równi z rozmyślaniem o wirusie Zika, z których to rozmyślań nie wynikło absolutnie nic.


Paradoksy, paradoksy

Nic mnie już powoli nie zdziwi, ale mimo wszystko odczułam pewne (negatywne) zdumienie, że cenione czasopismo popularnonaukowe musi pisać o rzeczach takich jak... wykluczanie z olimpiady kobiet, które mają zbyt wysokie poziomy testosteronu. Igrzyska bojkotuję wytrwale od tych nieszczęsnych pekińskich (ktoś poza mną jeszcze to pamięta?), więc siłą rzeczy nie wiem, co się dzieje. A tu trach! - dzieje się zwyczajna dyskryminacja, która dotyczy kobiet. Nie transseksualistów nawet, ale kobiet, które po prostu mają naturalnie wysoki testosteron. I oczywiście te same zasady nie wymagają mieszczenia się w żadnych dziwnych normach od mężczyzn. Fajnie, co?

Paradoksalnie jednym z najciekawszym artykułów na pierwszych stronach pisma jest... artykuł o myszach laboratoryjnych, konkretnie o tym, że nie stanowią one dobrego modelu ludzkiego systemu immunologicznego i dlaczego. Odpowiedź jest prosta - żyją w zbyt sterylnym środowisku. Ciekawa jestem, jak zmieni - i czy zmieni - to odkrycie życie myszy laboratoryjnych, które są przecież dla nauki niezwykle ważne.


Ta straszna poprawność

Jeżeli ktoś jeszcze ma wątpliwości jak wygląda prawdziwa poprawność polityczna (tip: nie jest to fakt, że Idris Elba gra w Mrocznej Wieży), powinien przeczytać artykuł Waga ołowiu autorstwa Ellen Ruppel Shell. Tekst jest rozpaczliwie rozmyty i pozbawiony wszelkiej konkluzji do tego stopnia, że - chociaż wierzę, że tak nie było - wydaje się jakby ktoś zapłacił za napisanie go bez sformułowania zarzutu mogącego brzmieć jak "ołów jest szkodliwy".

Całość dotyczy jakiejś afery w Stanach, gdy wykryto w wodzie pitnej podwyższone stężenie ołowiu, który skaził także ludzi, a przede wszystkim może zaszkodzić dzieciom. Przytaczanych jest dużo badań, które sugerują, że wcale dzieciom nie zaszkodzi, bo jest go za mało, a z drugiej strony nawołuje się do podjęcia działań prewencyjnych. Wszystkie te badania dotyczą niskich dawek (co się zgadza) i krótkiej ekspozycji (co jest dyskusyjne, skoro ludzie tę wodę pili). Podsumowanie, w którym stwierdza się, że nie tylko ołów szkodzi na rozwój mózgu, ale też na przykład mało stymulujące środowisko, jest na poły śmieszne, a na poły żałosne.


Ech, ten kosmos...

Jakoś nie mogę przekonać się do astronomicznych artykułów w Scientific American i ten numer nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Niby rozumiem, niby to interesujące, ale jest napisane jakoś tak strasznie, że czuję się jakbym słuchała osoby z obsesją, która nakręca się z każdym akapitem bardziej i bardziej, aż jej słowa zmieniają się w bezsensowny bełkot. Albo stan mojej wiedzy z tym, co nauka wie o kosmosie obecnie rozmija się tak mocno, że nijak nie mają już płaszczyzn wspólnych albo naprawdę brakuje ciekawych artykułów na ten temat.


"Zieloni" versus prawda

Już od pewnego czasu bardzo sceptycznie podchodzę do działań organizacji tak zwanych ekologicznych, pomimo tego, że moja dusza ciągle się zieleni, a praktyki walki o środowisko rodem z Księżniczki Mononoke raczej nie zostałyby przeze mnie potępione. Jednakże chcę, żeby ta walka miała ręce i nogi oraz była wolna od hipokryzji, a nie zmieniała się w nową sekciarską logikę bez ładu i składu. No nie poradzę, taki ze mnie przeintelektualizowany egzemplarz, że domagam się rozsądku we wszystkim.

Ostatnio ciągle mnie "tyka" ów brak rozsądku, logiki i oparcia na faktach w działaniach wszelkiego rodzaju zielonych. Na przykład znalazłam niedawno całkiem sensowne wytłumaczenie walki z kornikiem w Białowieży. Na tyle sensowne, że zmieniłam własne zdanie w tym względzie. Był to komentarz na FB, stąd link dawno straciłam, ale streścić to można prosto: "Kornik zniszczy puszczę, która potem się odtworzy. Ale to zajmie o wiele więcej czasu niż gdyby człowiek jej pomógł". Murem za polskimi leśnikami stoją też dane statystyczne. Przepraszam, zieloni - ale cyferki mówią, że jednak leśnicy dobrze robią. Lasów mamy więcej i więcej.

W nurt specyficznego eko-sceptycyzmu - bo nie jest się przecież sceptykiem ekologii czy biologii konserwatorskiej, ale fundacji zajmujących się tematem - wpisuje się artykuł K. Ullas Karantha Na tropach tygrysów o nowych metodach liczenia tych niezwykłych kotów oraz wnioskach, jakie z owych obliczeń płyną. Przede wszystkim badania Karantha przeczą tezie, jakoby na liczebność tygrysów najmocniej wpływali kłusownicy, a obwiniają raczej brak odpowiedniej zwierzyny. Każdy, kto miał chociaż trochę matematyki, z łatwością zrozumie jak bezsporna jest pokazana w artykule korelacja między liczbą tygrysów a liczbą odpowiedniej zwierzyny łownej. To pewnie bolesne (dla mnie też), że nie można oskarżyć o wybijanie kotów tych brzydkich kłusowników, tylko normalnych ludzi, którzy na własne potrzeby trzebią to, co tygrysy jedzą. Lepiej jest mieć wroga. A już najlepiej - wroga nieuchwytnego i odległego, bo wywożącego tygrysy na rynek chiński. I nie, nie usprawiedliwiam tu kłusownictwa.

Karanth przytacza też przykłady pomyłek - albo manipulacji, zależnie od interpretacji - WWF, dotyczących liczebności tygrysów, podawanej do publicznej wiadomości. Przyznać trzeba, że pokazane w artykule zestawienie jest dla fundacji dewastujące - z jednej strony suche fakty (liczby!), z drugiej przestarzałe szacunki i optymistyczne prognozy.

Nie ukrywam, Na tropach tygrysów, było dla mnie artykułem na równi bardzo ciekawym i bardzo trudnym do przetrawienia, bo wymagającym pewnych korekt w moim światopoglądzie i w tym, co uważałam, że wiem. Ale co ma rozwijać, jeśli nie lektura SA?

Pomimo tego, że numer był bez wątpienia bardzo wakacyjny i traktował głównie o sprawach błahych, znalazła się w nim całkiem przyzwoita liczba interesujących tematów. Żałuję, że tak ciężko jest mi się przegryźć przez cokolwiek poświęconego astronomii, ale być może pora zwyczajnie pogodzić się z faktem, że to nie mój konik.

sobota, 5 listopada 2016


Po długich i ciężkich cierpieniach dokonałam niemożliwego - przeszłam do końca kampanię w Mortal Kombat X, najnudniejszą kampanię w bijatykach, z jaką miałam styczność... właściwie kiedykolwiek. Przy całym moim umiłowaniu dla tej gry jako takiej, przy wielkiej grywalności najnowszej odsłony świetnej serii - ta kampania to jest, drodzy moi, jakiś głupi żart.

Nuda, flaki, nuda

Mam wrażenie, że twórcy story mode w najnowszym MK popełniali błąd za błędem już w warstwie koncepcyjnej. Najpierw rozpisali historię o naprawdę kiepskiej konstrukcji, z przydługim początkiem i szybką końcówką. Przez to zanim dotrzemy do rozdziału 10, gdzie całość staje się znośna, a nawet przyjemna, mija strasznie dużo czasu.

Mamy za to okazję poznać dogłębnie część dostępnych postaci - to znaczy oczywiście Cage'ów, Takedę, "dzieciakową czwórkę", a nawet drużynę "tych złych" z D'Vorah na czele. Szkoda jednak, że w ich historiach trudno szukać czegokolwiek, co uzasadniałoby tak długą ekspozycję.

Największym problemem kampanii jest to, że dużo w niej przerywników, a mało walk. Człowiek siedzi i ogląda te przejażdżki oraz dialogi, na które nie ma wpływu, czekając niecierpliwie na kolejną potyczkę, zwykle zainicjowaną w dość durny sposób. Również bijatyki są umiarkowaną przyjemnością, a to przez kuriozalny sposób dobierania poziomu trudności. Generalnie na początku, gdy jeszcze pamiętałam rozmaite comba i inne takie, moje walki wyglądały następująco: pięć wygranych bitew, jedna przegrana, gdy AI zmieniało się w mistrza wszelkich ninja-sztuk i znowu pięć wygranych. Kiedy wróciłam do MK po długiej przerwie nic już nie pamiętając... wyglądało to dokładnie tak samo.

Fabuła? Głębia? Cokolwiek?


Powiedzieć o fabule mortalowego story mode że jest sztampowa to jak nic nie powiedzieć. Niestety, poza nieudolnymi próbami pogłębienia postaci, MK ciągle tkwi korzeniami w epoce gdy fabuły gier miały jedynie dać pretekst do kolejnej łupanki. Zmieniła się jakość grafiki, ale sednem bijatyki pozostały flaki i ów fakt mocno razi, gdy ktoś nam próbuje zaserwować wbrew rozsądkowi opowieść.

Tylko jeden motyw jest tak naprawdę ciekawy - kiedy Scorpion zabija w akcie zemsty Quan Chi i swoją interwencją trochę ułatwia "tym złym" wszystko. Wpisuje się tym samym w nurt "nie chcem, ale jestem debilem", który definiuje - niestety - poczynania bardzo wielu postaci w kampanii. Jednak na bezrybiu i rak ryba, więc uznaję motyw za ciekawy.

Dobra gra - zły story mode

Jest jednak hipokryzją oceniać grę taką jak Mortal Kombat tylko i wyłącznie przez pryzmat kampanii i powiem szczerze, że poza nią gra spisuje się bardzo dobrze. Grafika może nie powala, nawet zważywszy że mam "tylko" PS4 (bo w wersji komputerowej też nie powala, szczerze mówiąc), ale grywalność jest świetna.

Znakomitym pomysłem okazało się wprowadzenie różnych trybów dla każdej postaci, bo sprawia to, że panteon bohaterów mamy właściwie powiększony trzykrotnie i wybitnie zwiększa się losowość w graniu randomami. Czyni to też MKX nieco trudniejszym do ogarnięcia od poprzednich odsłon, a tym samym pozwala popisać się komuś, kto opanuje porządnie wszystkie ruchy, skille i x-raye.

Nie jest to co prawda moja ulubiona gra, ale z pewnością właśnie przy MK spędziłam najwięcej czasu. Nic tak dobrze jak krwawa, brutalna rzeź nie gwiazdorzy na domówkach. Z drugiej strony, kiedy gram solo, raczej po bijatykę nie sięgam. Nawet w gronie rodzinnym lepiej sprawdziłby się prawdopodobnie Tekken, znacznie prostszy dla laika i z bardziej przyjazną grafiką.


środa, 2 listopada 2016


Obejrzałam Doktora Strange'a, bo jak mogłabym nie i nie żałuję. Raczej nie stanę się wielką fanką tego filmu (co innego postaci), bo muzycznie, aktorsko czy nawet stylistycznie liczyłabym jednak na coś bardziej odmiennego od reszty MCU. Chociaż przyznać trzeba, że jak Avengersi i Winter Soldier wyznaczali do tej pory dwa zupełnie różne nurty w uniwersum, tak Strange położył podwaliny pod trzeci.

Jaka piękna rąbanka!

Nie będę udawała - wybuchy, rąbanki i okładanie po mordach mnie nudzą. I największy sukces Strange'a dla mnie osobiście to fakt, że w czasie żadnej z walk nie wyszłam na momencik z sali, tylko siedziałam jak przykuta do fotela i się zachwycałam.

Długo mogę wyliczać elementy, które mi się tu podobają - skromne, ale efektowne działanie magii; bitka w stylu wschodnim (chociaż jej było nieco za dużo); naginanie czasu i przestrzeni. Sposób, w jaki Strange rozprawia się z finalnym bossem był bardzo pomysłowy, potrzebny światu, w którym zakończenia ewoluują w kierunku "zróbmy jeszcze bardziej widowiskową bijatykę".

Za dobrzy aktorzy

Miałam za to problem z czymś, co wszyscy chwalą, to znaczy z doborem aktorów. Cumberbatch gra super, takiego lepszego Starka, ale ja ciągle i zawsze widzę w nim Cumberbatcha. To samo dotyczy Tildy Swinton oraz Mikkelsena. Koniec końców, nie jestem przekonana czy zebranie tak dużej liczby charakterystycznych ludzi w jednym miejscu wyszło filmowi na zdrowie. Znaczy, zagrany jest bardzo dobrze, ale co z tego, skoro ani przez moment nie uwierzyłam, że mam do czynienia z postaciami, a nie odtwórcami?

Co ciekawe, wrażenie to rozmyło się zupełnie w scenie po napisach, gdzie Cumberbatch stał się w pełni Strangem. To dobrze wróży na przyszłość. Znaczy, chcę w to wierzyć.

Drodzy moi, chyba można ten mój post interpretować jako oświadczenie - dołączam do #TeamStrange. Przyznaję jednak, że lewitująca peleryna stanowi silną konkurencję. Mówiąc poważniej - film jest totalnie wart czasu fanów MCU, chociaż wnosi niewiele świeżości do tego świata. Istnieje niejaka szansa, że Strange'a w najbliższym czasie jeszcze trochę dostaniemy i dobrze, bo w tej chwili nie mam ochoty na nic innego.

wtorek, 1 listopada 2016

Jakiś czas temu ogłosiłam radosną nowinę, że jedno z moich opowiadań dostało się do Nowej Fantastyki (lub Wydania Specjalnego). Takim drobnym szczegółem jest, że drugie się nie dostało, ale też je można przeczytać - na moim Wattpadzie.

To oniryczny romans, w tle miotają się krwiożercze koty, wszyscy są nieszczęśliwi i cierpią bardzo. Całość na szczęście jest krótka. A ostrzeżenie dla niedorosłych to tylko dlatego, że wszyscy tam myślą o seksie.

Przy okazji, tradycyjnie zachęcam do obserwacji mojego Wattpada, znajdziecie na nim różne dziwne historie, które nigdzie indziej się nie pojawią z rozmaitych przyczyn.