:::: MENU ::::

czwartek, 20 września 2012

  • czwartek, 20 września 2012
Pewnego dnia - takiego paskudnego i sennego jak dzisiejszy na przykład - człowieka bierze na wspominki. Przypomina sobie, jak to jeszcze większym niż teraz cielęciem był, wypacał swoje pierwsze epickie bzdury i jak mu wtedy bardzo brakowało kogoś, kto by go kopnął w dupę i powiedział: "Ejże, człowieku, co ty tu piszesz za badziewie?".

Z takich rozmyślań przejść do wniosku już łatwo, że w sumie dużo jest innych takich ludzi, którzy w pocie czoła tworzą swe pierwsze wiekopomne (głównie w ich opinii) twory. I że w sumie można im pomóc. Nie z pozycji mentora, ale jako taki, powiedzmy... "krewny w próbach literackich".

No i masz babo placek.
Bo okazuje się, że chociaż wszyscy proszą o pomoc, niewielu jej chce.

Żeby była jasność, mówię głównie o nastoletniej gawiedzi, zaczynającej wchodzić w ten mały, paskudny, literacki światek, gdzie naprawdę trzeba mieć dupę z żelaza. Bo niestety, ale kto nie nauczy się przyjmować krytyki i robić z niej użytku, zginie tutaj marnie.

Ale, żeby nie być gołosłownym, takie tam przykłady.

Z akapitami tak wyszło. Ja nie mam problemów, żeby to czytać. Nie jestem idealna i nigdy nie będę.
Odpowiedź autorki po zwróceniu jej uwagi na to, że jej tekst nie ma:
a) akapitów
b) poprawnej interpunkcji
c) sensu.

Piszę emocjami, nie liczę sylab.
To z kolei odpowiedź na uwagę odnośnie nieregularnej budowy rzekomo klasycystycznego wiersza.
Co z tego, że bohaterka dziwnie się nazywa? Jak jej miałam dać, Beata albo Gabrysia? Poza tym moje opowiadanie czytał dziennikarz, który jakoś nie zauważył tych wszystkich błędów.
Bohaterka rzeczonego tekstu, umiejscowionego w Polsce, miała imię rodem z koszmaru internetowego generatora imion fantasy. Straszenie dziennikarzem było w bonusie.
Po co przedstawiam tu te przykłady? Bo trochę ciekawych spraw z nich wynika.

Po pierwsze, ludzie ponadczasowo często odbierają ocenę swoich tekstów bardzo osobiście, a to błąd. Każdy może spieprzyć tekst - to, że inni zwracają na to uwagę, nie oznacza, że uważają go za beztalencie.

Po drugie, niestaranne teksty nie są nawet w połowie tak rzadkie, jak rzadkie być powinny. Autorzy często piszą nawet w komentarzu, że... przepraszają za błędy i literówki. A te ostatnie wychwytuje się, JEDEN RAZ klikając myszą na odpowiedniej ikonce w Wordzie/OpenOffice! Dobry artykuł na temat właściwego przygotowania tekstu można znaleźć tutaj: KLIK. Warto przeczytać i przyswoić.

Po trzecie, pisanie emocjami. Jest fajne, ale to tylko zabawa. Można dać się ponieść emocjom przy tworzeniu fabuły, kreowaniu postaci, itd., ale przekaz musi być jasny i czytelny. Nawet wiersz czy kompletna psychodelia, zawalone warsztatowo, nie przekażą emocji. Co najwyżej wzbudzą jakieś w czytelniku. Tak silne, że wypierdzieli tekst przez okno.

Po czwarte, każdy czytelnik zauważa inne rzeczy, inaczej tekst traktuje. Co dla jednego jest szczegółem, dla innych staje się "błędem śmiertelnym". Powoływanie się na opinie innych nie ma sensu. Mojemu "Mrocznowidzącemu" na przykład zarzucano już zbytnią skromność w opisu oraz zbyt rozbuchane opisy, a w tekście w międzyczasie nie zaszły żadne zmiany. Czy któraś z tych opinii jest lepsza od drugiej? Nie. Nie ma znaczenia, kto ją wygłosił. Profesjonalni recenzenci skompromitowali już skutecznie swój zawód, jeżdżąc po "Gwiezdnych wojnach", "Matrixie" i Kingu.

Co z tego wszystkiego wynika?

Ano nic.

Nie ma co za bardzo przejmować się krytyką, ale warto zrobić z niej użytek. Przeczytać cudzy komentarz "na chłodno" i zastanowić się poważnie, czy przypadkiem nie zawiera jednak kilku cennych uwag. Nasz tekst, dla nas, zawsze będzie "najlepsiejszy", przynajmniej na początku. Ale jeżeli nie będziemy słuchać innych, utkniemy w miejscu i zostaniemy skazani na wieczne bazgrolenie "do szuflady".
A jeżeli nie chcemy wystawiać się na krytykę, po prostu nie publikujmy i tyle.