:::: MENU ::::

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

  • poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Komercyjnie, wiem. Ale trudno. Będzie o "Atlasie chmur".


Film na podstawie powieści Mitchella zapowiadanego sukcesu nie odniósł. Spłaszczył i spłycił powieść, ale zrobił przynajmniej jedną dobrą rzecz - zachęcił co poniektórych, samym faktem swojego istnienia i aktywnej reklamy, do sięgnięcia po powieść.

Tak już jakoś mam - pocieszam się, że nie tylko ja - że kiedy do kin wchodzi film, a w trakcie jego reklamy głównym hasłem, jakie się przewija jest "na podstawie powieści", to zwykle po tę powieść sięgam, chociaż nie decyduję się na obejrzenie filmu. A ponieważ odkryłam w ten sposób "Opowieści z Narnii" oraz "Pieśń lodu i ognia", a ostatnio także "Atlas chmur", to z tej praktyki zrezygnować z pewnością nie zamierzam.


Jaka jest ta powieść?

Cóż, przez całą pierwszą połowę czytałam ją, i owszem, z ciekawością, ale cały czas kołatało mi się po głowie: No i gdzie jest, kurna, ten geniusz?  Dopiero przy historii Zachariasza, człowieka, który żyje w czasach po zdegenerowaniu cywilizacji i jest świadkiem jej ostatecznego upadku, coś zaczęło mi się klarować. Jakaś trudna do uchwycenia wizja, która w drugiej połowie książki okazała się przemyślana i klarowna.

Nie chcę tutaj zdradzać pointy - chociaż zwykle nie przejmuję się głupim dogmatem zakazującym spoilerów - bo każdy powinien dotrzeć do niej sam. Po prostu jest tego warta.

Śmiało mogę stwierdzić, że to jedna z najpiękniejszych, najmądrzejszych i w pewnym sensie także najsmutniejszych książek, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się czytać.