:::: MENU ::::

środa, 11 września 2013

  • środa, 11 września 2013
Na początek z innej beczki.
Wszyscy chyba już wiedzą, że tegoroczne Zajdle zgarnął Wegner? Wiedzą? No to dobrze.
Opowiadanie można przeczytać tu - jeżeli ktoś jeszcze nie czytał.
Teraz do rzeczy.



Dobór tematu pewnie może dziwić. Tak się jednak składa, że ostatnio odświeżyłam sobie serię, więc wypada słów kilka na jej temat z siebie wydrapać.
Najogólniej rzecz ujmując, ten powrót do przeszłości był doświadczeniem bardzo przyjemnym. Niczego nie żałuję, zupełnie jak wtedy, gdy zawaliłam sesję oglądając Avatar: The Last Airbender.
Harry Potter był dla mnie, jak pewnie dla wielu, pierwszym kontaktem z fantastyką i co najważniejsze - pierwszym kontaktem z "poważną" literaturą. Nareszcie coś napisanego dorosłym językiem, bez archaizmów rodem z W pustyni i w puszczy czy dziecinnego debilizmu powieści Burnett (którym nic nie ujmuję, bo też były dla mnie ważne).
Najogólniej rzecz ujmując, mój odbiór tych książek pozostaje niezmienny od dzieciństwa (czy można tak nazwać siedem lat dorastania wraz z HP?). Co najwyżej trzy pierwsze tomy nieco straciły, nie pod względem treści jednak, ale niedoróbek warsztatowych. Czara Ognia i Zakon Feniksa są genialne, Książę Półkrwi w gruncie rzeczy też - szósty tom znacząco zaplusował w moich oczach od naszego ostatniego spotkania, chyba po prostu dojrzałam do jego dorosłej, spokojnej treści. Insygnia Śmierci, chociaż wypadają o niebo lepiej od filmowej wersji, rozmywającej się w scenach stania bohaterów wśród wrzosowisk, od pewnego miejsca stają się zbyt udziwnione (końcówka). Jednak sama scena pokonania Lorda Voldemorta jest - przynajmniej dla mnie, bo słyszałam dużo odmiennych opinii - w pełni satysfakcjonująca. No, ale ja nie znoszę patetycznych śmierci a la Roland.
Ogólnie - to jest mocna seria. Czego by nie mówić. Mocna, oryginalna, interesująca. Dla mnie obecnej lektura równie wciągająca jak dla mnie jedenastoletniej.
Aż szkoda, że nie wypada już wymachiwać ołówkiem, mamrocząc wingardium leviooosa.