:::: MENU ::::

poniedziałek, 2 września 2013

  • poniedziałek, 2 września 2013
Sanderson. Sanderson. SANDERSON.

Nazwisko, na które wielokrotnie natrafiałam w rozmaitych wywiadach, artykułach i zestawieniach poświęconych anglojęzycznej fantasy. I w końcu zaczęło mnie drażnić. No bo co wszyscy mają z tym Sandersonem? Koniec końców trzeba było przeczytać coś autora, bo do pewnego momentu bardzo skutecznie się rozmijaliśmy.

Aż wreszcie, w biblioteczce koleżanki nadeszło przeznaczenie i sięgnęłam po "Z mgły zrodzonego". Teraz już wiem, co wszyscy mają z tym Sandersonem.

Nie wyjdę po tej lekturze na ulicę, wrzeszcząc "Facet to GENIUSZ!". Ale z wrzaskiem "Facet jest DOBRY!" już bym mogła.

Największym atutem powieści jest świat przedstawiony, niesamowicie oryginalny pomysł na funkcjonującą w nim magię, krajobrazy rodem z postapokalipsy.

Drugie, co wspaniałe, to bohaterowie - żywi, prawdziwi, budzący sympatię. Sanderson nie cierpi na syndrom powszechnego skurwysyństwa, w jego świecie intryg jest miejsce na przyjaźń, dobro, zaufanie, miłość i wybaczenie. Ktoś powie, że to naiwne, ja powiem, że to prawdziwe i oryginalne.

Po trzecie fabuła. Wciągająca. Chwytająca w pazury od pierwszej do ostatniej strony. Książka to cegła, ponad sześćset stron małą czcionką, ale w ogóle tego nie czuć. Wręcz przeciwnie, lektura pozostawia niedosyt, chciałoby się zostać w świecie Sandersona nieco dłużej.

Nie dziwcie się, co wszyscy mają z tym Sandersonem. Po prostu czytajcie, jeśliście jeszcze nie czytali i także złapcie bakcyla.