:::: MENU ::::

wtorek, 1 października 2013

  • wtorek, 1 października 2013
Skald. Karmiciel kruków był książką, po którą chciałam sięgnąć już od chwili, w której o niej usłyszałam. Fantastyka, mocno zakorzeniona w historycznej rzeczywistości średniowiecznej Skandynawii, w dodatku napisana przez autora mającego na ten temat ogromną wiedzę. Wzięłam w ciemno, przeczytałam i jakie refleksje?

Jest dobrze, ale mogło być znacznie, znacznie lepiej.



Niestety, czytając tę powieść, przez cały czas miałam wrażenie braku. Książka jest dobra i wydaje się, że tylko krok dzieli ją od bycia świetną - ale jednak jest to odczuwalne od samego początku do samego końca lektury.

Pomijam już fakt, że szwankuje sama kompozycja - pomiędzy Za garść srebrnych monet oraz Wielość i Jedność, dwa teksty tworzące spójną historię, wrzucono krótką, niezbyt porywającą historyjkę, nie mającą żadnego wpływu na pozostałe, zdającą się nudnawym połączeniem Sapkowskiego z Mickiewiczem.

Bohater powieści to cwaniak, kobieciarz, zarozumialec, egoista. Anar jest postacią ciekawą, ale budzi raczej niesmak niż przesadną sympatię. Może to efekt zamierzony, jednak przez to odczucie jego kolejne nadęte pogadanki wypadają nieco żenująco. Nuży też kreacja innych postaci, bo prawie wszyscy, których spotyka nasz Skald, są skończonymi idiotami. Trochę zmienia się to w ostatnim tekście, przez dwa pierwsze jednak potrafi wprawić czytelnika we wrażenie, że ma do czynienia z denną, przygodową opowiastką, z bohaterem jak złoto i bandą debili wokół.

W porządku, ale w takim razie dlaczego uważam, że ta książka jest dobra?

Skalda ratuje doskonałe tło historyczne oraz silne w nim zakorzenienie. Gdyby usunąć zaledwie kilka wątków, można by odnieść wrażenie, że czyta się powieść historyczną... i szczerze mówiąc momentami aż żal, że śladowe ilości fantastyki jednak się pojawiają. Poza tym, mimo wszystko, Malinowski nie nuży. Akcję, mimo że niezbyt ją komplikuje, prowadzi sprawnie, przez co na poziomie zwykłego czytadła książka jest świetna.