:::: MENU ::::

sobota, 30 listopada 2013

  • sobota, 30 listopada 2013
Dzisiaj będzie wpis z innej beczki, czyli muzycznie, popowo i ogólnie szmira. Słowem jednym, o nowej płycie Lady Gagi.

Cóż wielkiego można powiedzieć? Po kilku krążkach zawierających lekki, miałki i przyjemny pop, dobrze przyjęty przez spragnioną podobnych melodii publikę, nadszedł Born This Way. Krążek, który zmienił wszystko. Krążek dojrzały, z rockowym zacięciem, brzmieniami, które zapadają w pamięć. Ze znakomitym singlem tytułowym, z Judasem, Hair, Marry The Night, Bloody Marry - piosenkami, których nie sposób zwyczajnie ominąć i zapomnieć. I z niezapomnianym You and I przede wszystkim (wciąż nie znalazłam piosenki, która przebiłaby właśnie tę).


Problem w tym, że płyta pojawiła się... i nic. Nie wzbudziła żadnego entuzjazmu. Była, najzwyczajniej w świecie, niezgodna z oczekiwaniami dotychczasowych fanów Gagi. Bo miało być o seksie, miłości i umpa-umpa.

Najnowszy krążek, Artpop, zapowiedziano jako powrót do poprzedniej konwencji. Co sprawiło, że właściwie paradującą w mięsie gwiazdę skreśliłam z listy zainteresowań.

Obejrzałam jednak singiel do Applause... i kupiłam płytę.


Czy warto było? Co z obiecanym comebackiem?

Ano, comeback jest. Na płycie nie brakuje kawałków, które przypominają tę Gagę z The Fame. Ale na szczęście piosenkarka nie odrzuciła zupełnie dojrzałości i mocy brzmień, jakie przyniosło Born This Way. Wplotła między piosenki z poprzedniej konwencji kawałki miażdżące uszy. Oryginalne, chociaż czysto popowe Venus, zaskakującą i trudną Donatellę, MANiCURE z rockowym pazurem. A przede wszystkim Dope - niesamowitą, powolną, wywołującą dreszcze balladę,  w której Gaga udowadnia, że potrafi chwycić za serce i... śpiewać - a nie jest to wcale rzecz szczególnie częsta w amerykańskim showbiznesie.