:::: MENU ::::

środa, 20 listopada 2013

  • środa, 20 listopada 2013
Na początek polecę najnowszy numer Creatio Fantasica i mój w nim tekst, Judasza.
Teraz już bez zwłoki przejdę do rzeczy :)

Moja nagła fascynacja Japonią wynikła z niczego innego niż fakt, że po prostu było mi kilka szczegółów potrzebnych do opowiadania. Im głębiej wkopuję się w temat, tym więcej jest do odkopania. Tamto opowiadanie dawno poszło w świat, zdobyło nawet tytuł tekstu października na portalu Fabrica Librorum, a ja nie tylko nie uwolniłam się ze szponów Japonii, ale zaciskają się one na mnie mocniej i mocniej. Przepraszam wszystkich, którzy liczyli na moją "czystość" w tej kwestii. Dóbr kultury zachodniej nie porzucę, ale okraszę je hojnie wschodem od czasu do czasu.

Na początek trzy powieści, najstarsza, starsza i nie taka stara. Co je łączy? Żadna z nich nie jest fantastyką.



Na początek Japonia przedwojenna. Poetycki, staroświecki, "japoński jak haiku" Lafcadio Hearn. Nie jednak jego osławiony Kwaidan, ale zwyczajny, romantyczny, uboższy w stylizację zbiorek Kimiko, wydany przez Keiko Publishers.
To nie tyle nawet zbiór opowiadań, co wybór szkiców i notatek - ale za to jakich! Czerwony ślub oraz Shinju opowiadają o samobójstwie z miłości, która w feudalnej Japonii jest tak różna od tej pojmowanej przez nas, a przecież wcale nie płytsza. Dusze, Powtórne narodziny Katsugoro i Żywy bóg to zaś dla odmiany zapis ludowych wierzeń - żywszych i dziwniejszych od wszystkich naukowych tekstów traktujących o religii buddyjskiej i szintoizmie. Jizo bliższy jest temu, czego dowiedzieć możemy się z suchych opracowań na ten temat, ale przewyższa je wdziękiem i zgrabnym językiem opisu. Tytułowa Kimiko jest natomiast pyszną opowieścią ze świata gejsz.
Hearn, co zaskakujące, zestarzał się jedynie pod względem formy. Ale nie języka. Niesłychana lekkość jego pióra czyni ten zbiór nawet dzisiaj więcej niż strawnym - pochłanianym z prawdziwą rozkoszą. Poza tym autor, chociaż "wrósł" w Japonię, był jednak człowiekiem z zachodu. Opisuje Japonię z miłością, promieniującą z każdej strony, ale na sposób zachodni i w sposób dla zachodu pojęty oraz jasny.




Druga pozycja, po którą sięgnęłam, to Kraina śniegu. Jej autor, Kawabata Yasunari, to pierwszy japoński noblista z dziedziny literatury. Jaki wniosek nasuwa się po lekturze jego powieści? Komitet noblowski nie zawsze miał dziwny gust.
Nie ulega wątpliwości, że Kraina śniegu to dzieło wybitne. Jego fabuła nie oszałamia - wśród chłodu północnej Japonii żonaty mężczyzna poznaje młodą gejszę. Nawiązuje się między nimi romans, lecz jest to romans bardzo japoński, chłodny, ostrożny, związek z góry skazany na zerwanie.
Zachwycający jest język autora, a tłumacz oddał w znacznej mierze jego poetykę. Cholera, dziś nie ma już w Polsce tak dobrych tłumaczeń...
Japonia w tej powieści to już Japonia powojenna, lecz w ogóle nie odczuwa się w języku piętna współczesności. On jest taki, jaki był w dawnej literaturze - poetycki, spokojny. Wydarzenia płyną niespiesznie. Akcja tonie w morzu symboli, każda scena kipi znaczeniem. Człowieka żal bierze, że - będąc wychowanym w innej kulturze - nie jest w stanie wyłapać i zrozumieć całej głębi znaczeń. Mimo to powieść ma klimat. Jest jak podmuch wiatru z krainy Orientu, wdzierający się w rzeczywistość.



Ostatnia powieść jest zupełnie różna od poprzednich tytułów. To Groteska Natsuo Kirino, rzecz z XXI wieku, jak nasze czasy szalona, zepsuta i poplątana.
Sięgnęłam po książkę, zachęcona znakomitością Ostatecznego wyjścia tej samej autorki. Nie zawiodłam się, ale zdziwiłam.
Nie zgodzę się z wydawcą, że to kryminał. To obyczaj ze śmiercią w tle, obyczaj mroczny jak okładka i przerażający. Szaleństwo - to tutaj najlepsze słowo. Wszystko w tej książce jest wypaczone.Wypaczone są piękna siostra narratorki i jej koleżanka ze szkoły, wypaczona jest sama szkoła, wypaczone jest społeczeństwo, wypaczona jest wreszcie sama narratorka. Wszystkich zniszczyło i skrzywiło życie, prosta codzienność, okrutniejsza niż cokolwiek innego. Autorka oddała cały bezmiar tego obłędu po mistrzowsku. Jej język jest wyrazisty i brutalny.
Czytając tę książkę, w kółko zadawałam sobie to samo pytanie - czy ja także jestem wypaczona, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, jak nie rozumieją tego bohaterki (i narratorka) powieści? Czy wszyscy kręcimy się w młynie szaleństwa?
Ta książka już nie jest japońska, ona wyrosła ponad przynależność narodową. To zglobalizowany, okrutny obraz, odnoszący się tak samo do każdej społeczności - bo każda społeczność, czy tego chcemy czy nie, jest klasowa i hierarchiczna, nawet gdy próbujemy to negować.
Odkładając Groteskę, czułam się przez tę powieść zniszczona. I dobrze. Lubię, gdy literatura jest jak cios młotem w łeb :)