:::: MENU ::::

piątek, 27 grudnia 2013

  • piątek, 27 grudnia 2013
Roboty to temat wdzięczny, z dawien dawna eksploatowany i wciąż jeszcze oferujący wiele możliwości. Z prostej przyczyny - robot, jako twór czysto ludzki, ma dokładnie takie możliwości, w jakie zaopatrzy go twórca. Wszystko więc, jak często, zależy od człowieczej inwencji.

źródło: http://www.memecenter.com

Idąc dalej tym tropem: kreatywność często może marny potencjał rozwinąć w arcydzieło, a jej brak nawet rzecz z wielkimi możliwościami obrócić w gniota. Widać to bardzo wyraźnie na przykładzie dwóch filmów o robotach.

Proszę państwa, oto zawodnicy w naszej dzisiejszej walce.

źródło: http://slupca24.pl
W lewym narożniku Pacific Rim, w reżyserii Guillermo del Toro, do scenariusza napisanego przez tegoż wspólnie z Travisem Beachamem. Ocena na Filmwebie: 6.6/10.

źródło: http://www.impawards.com
A oto i jego przeciwnik, dwa lata starszy Real Steel (żałosne tłumaczenie na polski pomińmy taktownym milczeniem), w reżyserii Shawna Levy'ego, do scenariusza Johna Gatinsa. Ocena na Filmwebie: 6.9/10. Aha: gra w tym Jackman, a rzecz jest na podstawie lubianego przez kino Mathesona.

Ready! Steady! GO!

W Pacific Rim sprawa jest niebagatelna - oto atakują Ziemię kosmici, tylko kompletnie nie z tej strony, z której się spodziewaliśmy. Otwierają bowiem tunel czasoprzestrzenny i przez głęboki, pacyficzny rów posyłają na ludzkie siedziby gigantyczne, odporne, krwiożercze i paskudne godzille ze zmienionym designem. Nazywają się one z japońskiego kaiju, ale o tym powiem więcej za chwilę.

źródło: http://www.prometheusforum.net

Real Steel to w porównaniu z przeciwnikiem rzecz o małym kalibrze. Science fiction krótkiego zasięgu, gdzie tradycyjny boks zastąpił boks w wykonaniu zaprogramowanych do tego robotów. Poza tym trochę ludzkiego dramatu - kompletnie spłukany Jackman (na którego mówią tu "Kenton") dowiaduje się, że matka jego dziecka zmarła. Oddałby chętnie bachora jej siostrze, ale ponieważ może na tym zarobić, decyduje się zrobić to dopiero po pewnym czasie.

Na pierwszy rzut oka widać, że bawimy się w porównania zawodnika wagi ciężkiej z chuchrem kina familijnego, prawda? No i tutaj się kłaniają - potencjał oraz jego wykorzystanie. Bo z tych dwóch filmów to pierwszy został spieprzony.

Zacznijmy od podstaw. Ogromny jaszczur po raz pierwszy atakuje Amerykę. Ależ oczywiście, że nadajemy mu nazwę po japońsku! Dobrze chociaż, że oznaczającą "wielki jaszczur", a nie, na przykład, "sajgonki na słodko".

Co dzieje się dalej? Cały świat się sprzymierza (uhm, of course), by zbudować wielkiego robota, którym musi sterować dwoje ludzi, połączonych z nim za pośrednictwem mnóstwa bezsensownych okablowań. Dwoje, bo jednego za bardzo to obciąża i zabija. W międzyczasie dochodzi do tak zwanego dryfu - obaj piloci włażą sobie w głowy. Podobną koncepcję (łamane przez "koncepcję zerżnięto od") opisał Haldeman w Wiecznym pokoju.


Te wielkie roboty są, rzecz jasna, nazywane po niemiecku, ponieważ... ponieważ logika jest dla słabych.

W porządku, ale to drobne niedoróbki. Przyjrzyjmy się więc może innym sprawom. Na przykład, zastosowanej taktyce wojennej (będą spoilery, jak zwykle).

Umówmy się - świat tworzy roboty, które znakomicie sprawdzają się w obronie przed kaiju. Co należy zrobić wobec tego? Oczywiście, dać je niewyszkolonym, ignorującym rozkazy pilotom. A następnie stwierdzić, że źle oni pilotują, wycofać fundusze na projekt i zacząć budowę bezsensownego muru, przez który kaiju przechodzą jak przez tekturę.

źródło: http://www.pacificrim-movie.net

Dalej - dzielny dowódca projektu, który krwawi z nosa, bo radioaktywność (temat radioaktywności działających na silniki jądrowe diesla (?) robotów wypływa wtedy, kiedy akurat jest przydatny i szybko znika jak sen złoty) postanawia zniszczyć przejście do Krainy Ufoludków, wrzucając do niego bombę. Cel zostaje osiągnięty kosztem zniszczenia wszystkich robotów i śmierci większości pilotów. Eee... przepraszam, ale co, gdy ufoludki otworzą nowe przejście?

Aha, te roboty... to głównie mieczami walczą. Lotnictwo nie istnieje.

Słowem, autorzy filmu żadnej wojny nawet w telewizji nie widzieli.

Jeżeli sądzicie, że na tym bezsens scenariusza się wyczerpuje, jesteście w grubym błędzie. Problemy psychiczne związane z dryfem pominięto, większość motywów wprowadzana jest na potrzeby pojedynczych scen, gonione przez wściekłe kaiju dziecko pamięta przede wszystkim o tym, by zabrać swój but, wszystkie systemy super robotów wieszają się, gdy ich akurat potrzeba. Na koniec wisienka na torcie - Chinka płynie do ukochanego (tak, tylko ta parka przeżyła) przez morze w stalowym kombinezonie i takowych butach.

W porządku, co na to Real Steel?

To jest historia w małej skali, powtórzę to po raz kolejny. Główny bohater nie chce uratować nikogo poza sobą, a konkretniej - swoją opustoszałą kieszenią. Ma długi jak stąd do Australii i ciągle zaciąga nowe, inwestując w roboty bokserskie, które rozpieprzają mu po kolei, głównie przez jego gapiostwo i zachłanność. Potem na głowę spada mu dzieciak, fan bokserskiego sportu. Znajdują... Atoma, robota sparringowego, wywalonego na złom. Jest to chuchro bez szans w walce z prawdziwymi zawodnikami, ale też spełnienie marzeń dzieciaka o własnym robocie.

źródło: http://latino-review.com

Zaletą dzieciaka jest duża tolerancja energetyków, które pozwalają mu robota ulepszać po nocach. Zaletą robota - ogromna wytrzymałość na ciosy (w końcu robot do bicia) oraz funkcja cienia, która sprawia, że Atom powtarza ruchy człowieka, którego widzi.

Pierwsza walka i Atom... cudem, bo cudem... wygrywa ze zdezelowanym robotem przeciwnika.

Uradowany pierwszą od dawna kasą w ręce Kenton, były bokser, zaczyna robota programować za pomocą funkcji cienia, ucząc go "ludzkiego" boksu. A ten jest na tyle unikalny, że w połączeniu z wytrzymałością Atoma tworzy mieszankę doskonałą.

źródło: http://booredatwork.com

Atom zostaje królem nielegalnych walk, a dzięki sławie, zyskuje sobie nawet wstęp do ligi. Co więcej, zwycięża pierwszą walkę w tejże.

Tutaj sprawy zaczynają się kaszanić, bo oto na scenę wkracza Zeus, osławiony, samodzielnie uczący się robot bokserski, należący do bogatej Rosjanki, a zaprojektowany przez słynnego, przystojnego i jeżdżącego ferrari (oraz niezwykle zadufanego w sobie) Japończyka. Młodociany właściciel rzuca tej radosnej parce i Zeusowi wyzwanie, które zostaje przyjęte.

W tym momencie wielki ukłon dla twórców filmu - Atom nie wygrywa. Nie wygrywa, lecz jest bardzo blisko i do końca walki utrzymuje się na ringu, co więcej, raz powala ogromnego przeciwnika. No i o mało co nie zmienia go w kupę złomu.

źródło: http://www.digitaltrends.com

Scenariusz do tego filmu to majstersztyk - logiczny, przemyślany, bez zbędnego napchania. Rosjanka ma klasyczny "Russian accent", Japończyk mówi nawet po angielsku z japońska, słowem - wszystkie detale są maksymalnie wymuskane. Twórcy mieli mały pomysł, ale tchnęli w niego życie i zrobili coś wielkiego.

Tam, gdzie w Pacific Rim mamy długie, szkliste spojrzenia, tu są emocje. Kiedy tam są żałosne skecze niskiej próby, tu jest humor. Nawet efekty specjalne, największy przecież atut Pacific Rim, nie ratują tego filmu w starciu z Real Steel. Owszem, są znakomite, ale kurde, to, co zrobili twórcy boksujących robotów... czapka z głowy i ukłon w pas. Chyba nigdy nie przyznam się znajomym, że patrząc na ten film podskakiwałam na kanapie, wrzeszcząc i kibicując równie żywiołowo jak ludzie na ekranie. Do akompaniamentu miażdżonej stali.

Oto i wszystko, co chciałam na dziś napisać. Z filmami jak z robotami - nawet mając wysokiej jakości tworzywo, stworzyć możemy drogiego gniota; zdolny człowiek zrobi arcydzieło z puszek po Coca-Coli.