:::: MENU ::::

piątek, 10 stycznia 2014

  • piątek, 10 stycznia 2014
Fiolet. Czym jest? Wiesz? Nie wiesz nic!

źródło: http://www.tapeciarnia.pl

Takie hasło - poniekąd całkiem chwytliwe - promuje nielegalny wyścig w zrujnowanej Warszawie, w której wyrósł Fiołek. Wielki, kosmiczny kwiat, wydzielający opary morderczego cyjanowodoru.

Ale po kolei.

źródło: http://pl.wikipedia.org

Magdalena Kozak, autorka Fioletu, o którym zamierzam trochę w tym wpisie powiedzieć, jest znana, lubiana i doceniania. Jej seria o Nocarzach, zwampirzonych jednostkach specjalnych, zgarnęła nominacje do Zajdla, po jednej na każdy tom (chyba jasne, skoro więcej się nie da). Pisywała fantasy, ale jej prawdziwym opus magnum i literackim przeznaczeniem pozostają historie mocno nawiązujące do tego, co określa jako swoją pasję - wojskowości.

Podobno Kozak skacze ze spadochronem... i cóż, to po Fiolecie widać, ba, jest to jego największy atut - autentyczność i niesamowity, prawdziwy sposób opisu kolejnych skoków. Mam cholerny lęk wysokości, ale po przeczytaniu tej książki solennie obiecałam sobie, że kiedyś ze spadochronem skoczę i zobaczę, czy tam w górze jest tak jak na kartach tej powieści. Jeżeli zejdę przy tym na zawał - wiecie, kogo oskarżyć. Ale ciśnienie mam niskie, toteż szanse niewielkie.

źródło: http://lotniczapolska.pl

O co chodzi z Fiołkami i spadochroniarzami? Sprawa prosta i interesująca zarazem. Na Ziemię spada deszcz kosmicznych przetrwalników, nazywanych ze względu na kształt Różami, które rozpadają się i rozsiewają zarodniki. Z nich zaś powstają mordercze, ociekające cyjanowodorem Fiołki, gigantyczne rośliny, które stały się przyczyną wymarcia całych miast i to jak świat długi i szeroki. Czyli nie, tym razem kosmiczne zagrożenie nie dotyczy tylko USA.

Sposobem na ocalenie świata od zagłady okazuje się dopadnięcie Róży jeszcze w powietrzu i zaaplikowanie jej odrobiny pożywnego siarczanu, który wybija zarodniki. W okolicach Warszawy odpowiadają za to oddziały komandosów-spadochroniarzy nazywanych Osami. Dołącza do nich dziewczyna, Milka, mająca mniej więcej takie powiązania z wojskiem, że po skoku z samolotu ląduje na tym samym lotnisku. A światek komandosów okazuje się skrywać pewne ponure tajemnice...


O ile w warstwie merytorycznej nie ma się czego przyczepić (zupełnie jakbym się ośmieliła przyczepić do kogoś, kto ma o wojskowości jakieś cztery i pół tysiąca razy większe pojęcie...), a opisy akcji mogą co najwyżej wzbudzać zachwyt, bohaterowie (przede wszystkim zaś bohaterki Kozak) są kreowani na poziomie powieści dla nastolatek autorstwa Meg Cabot. Naprawdę. Czytając o Milce przypominała mi się Mia z Pamiętnika księżniczki. Tak samo zakompleksiona, tak samo w rzeczywistości ładna, tak samo niezakochana w zakochanym w niej fajnym facecie, tak samo wzdycha do Tego Jedynego Najprzystojniejszego i tak samo tylko ona nie wie, że w rzeczywistości wzbudza w nim ogromne zainteresowanie, z powodu którego na końcu się zejdą. Ów Ten Jedyny Najprzystojniejszy, w powieści krócej mianowany Drakkarem, skrywa oczywiście mroczny sekret i cholera, przypomina Edwarda ze Zmierzchu swoim "nie zbliżę się do ciebie, aby cię chronić". I jak się ma do dojrzałej, poważnej akcji taka mentalność gimnazjalisty? Po co to w ogóle?

Dodać należy, że na podobną przypadłość cierpiało nominowane do Zajdla opowiadanie Strasznie mi się podobasz tej samej autorki. Tylko tam nawet mocnej, wciągającej akcji zabrakło.

Honoru Fioletu w kwestii bohaterów chronią na szczęście inne postaci - po prostu sympatyczni bracia Arni i Żuczek (którzy giną tragicznie jako fajni, ale nie Ci Jedyni Najprzystojniejsi faceci) oraz Kajman i Artysta. Z którymś z tych ostatnich to ja chcę zawrzeć związek małżeński. Obaj nordyckiej urody, Artysta żądny zemsty na Drakkarze za śmierć ukochanej, psychopatyczny, szurnięty, och! Wątek nienawiści Artysty do Drakkara jest na drugim miejscu po opisach skoków spadochronowych pod względem zajebistości. Tylko dlatego, że został pod koniec rozwiązany w sposób kompletnie nielogiczny. Trudno mi uwierzyć, że facet, darzący drugiego faceta zapiekłą nienawiścią przez lata całe, nagle stwierdza: "A, dobra, stary, to jednak moja wina. Pomodlę się, żebyś przeżył kolejny skok na spadochronie".

Dla żądnych rozszerzenia tematu jeszcze garść linków na zakończenie: