:::: MENU ::::

piątek, 14 lutego 2014

  • piątek, 14 lutego 2014
Obejrzałam niedawno trzy filmy o bohaterach, z których każdy ujmował temat w zupełnie inny sposób i teoretycznie kwalifikował się do innego gatunku. Jednak główne postacie jakoś tak mi się nałożyły wraz z refleksją - kurde, naprawdę w tym amerykańskim kinie mamy przesyt twardych facetów samotnie ratujących społeczeństwa całe. Dużo bym dała za powiew oryginalności w tej kwestii.

* * *

Pierwszym z tych filmów jest - niesławny już - świeżutki Wolverine. Film, który podobno samego grającego główną rolę Jackmana załamał do tego stopnia, że aktor poprzysiągł staranniejsze dobieranie propozycji... co można o nim powiedzieć?


Z dobrych rzeczy: Jackman gra świetnie, Logan zapala w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób cygaro, a Japonia jest urokliwa.

Teraz mniej słodko. Fabuła tego dzieła nie trzyma się kupy dupy. Na rzecz widowiskowości odrzucono precz logikę, nieistotne szczegóły jak prowadzenie akcji według ciągów przyczynowo-skutkowych, a niektóre rozwiązania potrafią wprawić w histerię i drgawki. Przykładowo: córka umierającego biznesmena postanawia się zabić. Wolverine ją powstrzymuje i w tym samym momencie myśl o samobójstwie pryska z jej myśli.

Ale w sumie czego ja się czepiam? Biznesmen przeżył wybuch nuklearny, przygnieciony pokrywką od kanalizacji i Rosomakiem...

Główny, tajemniczy zły wypada słabo. Cudownie, że zbudował sobie monstrualnie wielką zbroję, ale już w momencie pojawienia się tej postaci na ekranie (początek filmu) każdy średnio znający japońską honorowość człowiek musiał uznać, że to podła kreatura. Bo jak każą popełniać seppuku to się popełnia seppuku, a nie ogląda zagładę. W filmie jest na szczęście Viper, grana przez Swietłanę Chodczenkową i to jest odpowiednia antagonistka. Żenujący wątek z rzekomo złym tatusiem ukochanej (co film to inna) Wolverine'a pominę... tym bardziej, że wciąż nie ogarniam, o co w zasadzie chodziło i jakie to miało znaczenie.



Walki są bez sensu, wszystkie. Miecze samurajskie, niczym kosa samej Śmierci, tną nawet dźwięki. Ale do tego, że gdy pojawia się skośnooki z mieczem wszelka logika znika, Hollywood przyzwyczaiło nas już dawno. Natomiast scena walki na dachu superszybkiego pociągu... ktokolwiek to wymyślił, był idiotą. Z całym szacunkiem.

Ponarzekam jeszcze na ninja. Ano, takowi są, nazywają się Czarnym Klanem (nie, to nie jest tylko kiepski żart) i służą tym dobrym. Ich super moc polega na tym, że nikt nie zauważa ich szefa, gdy ten skacze po dachach w biały dzień, w środku miasta, z łukiem, w dziwnym wdzianku. Nie no, szacun. Szef ów kocha się w córce swojego szefa (nie-ninja) tak bardzo, że aż dla niej niezbyt sensownie umiera. Aha, Logan zabija tychże groźnym napastników odśnieżarką, ale na szczęście jest ich jak mrówek.


A poza tym - chwyt "pozbawmy herosa super mocy, żeby łatwiej było go zabić, a odbiorca się przejął" to tani chwyt.

Mimo wszystkich tych wad, Wolverine'a da się obejrzeć. Początek co prawda nuży, ale później pojawia się Japonka, a akcja rozkręca. Człowiek patrzy, bo głupio odejść. Niekiedy powala go idiotyzm, ale ogólnie, gdyby puścić ten film na domówce w tle, nikt nie powinien dostać niestrawności.

* * *

Drugi film to Elysium z Mattem Damonem. I gdy krzykniecie "hej, hej, tu nie ma bohatera typu Wolverine'a", pozwólcie, że wam zaprzeczę - jest. Co prawda, gdy Max dostaje śmiertelną dawkę promieniowania, nie zyskuje super mocy, ale rozpaczliwie szukając sposobu ocalenia załatwia sobie jako gratis do niebezpiecznego zlecenia egzoszkielet, który czyni go nadludzko sprawnym. Brzmi znajomo?


Elysium jest filmem ciekawym, ale mogłoby być dużo lepsze, gdyby twórcy nie skręcili gwałtownie w kierunku czystej akcji. Ma interesujący, chociaż może nie wybitnie unikatowy koncept - oto większość społeczeństwa zdycha na zanieczyszczonej Ziemi, utrzymywana w karbach przez bezduszne, zrobotyzowane służby bezpieczeństwa, a elita i władza żyją sobie na wspaniałej, orbitalnej stacji wśród wszelkich wygód. Na dole - choroby i śmierć, na górze - luksus i wieczne życie.

Na pierwszy rzut oka widać ogromny potencjał filmu jako społecznego science fiction. Co więcej, nawet początek akcji jest ciekawy. Zawiązana intryga ma wszystko, czego potrzeba - tragizm, napięcie, ryzyko. Lecz kiedy Max dociera już na stację, całość nabiera płytkiego wymiaru amerykańskiej nawalanki.


Na plus zakończenie. Pozytywne, ale łezka się w oku kręci. Dobrze.

Powiem jeszcze o złych, skoro zwróciłam na to uwagę przy poprzednim filmie. Elysium ma dwoje, co więcej, dwoje wartych uwagi. Zagrana przez Jodie Foster pani Delacourt to zimna suka, bezlitosna, skuteczna, żądna władzy. Na szpilkach, w eleganckiej garsonce, jest potworem na miarę luksusowej stacji kosmicznej. Na Ziemi zaś - zagrany przez Sharlto Copleya agent Kruger, brudny, chory, skrzywiony psychopata, zdegradowany jak sama planeta. Pięknie rozegrane, tym bardziej, że w pewnym momencie dochodzi do bezpośredniego starcia tych dwóch rodzajów zła.


Koniec końców film wzbudził we mnie jednak uczucie zawodu, bo jestem pewna, że gdyby twórcy nie poszli po linii najmniejszego oporu, byłby znacznie mocniejszy.

* * *

Ostatni film to staroć w porównaniu z poprzednikami, mowa bowiem o Hancocku. Podobnie jak w przypadku Wolverine'a pierwsza refleksja to "kurde, ależ ten facet gra". Tyle że Will Smith ma znacznie większe pole do popisu, wcielił się bowiem w cokolwiek zapijaczonego i chamskiego superbohatera. I zrobił to znakomicie.


Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jakiego bohatera nie chcecie w swoim mieście, odpowiedź brzmi - nie chcecie Hancocka. Ten człowiek ratując kota zniszczy ratusz. Jego pierwsza widowiskowa akacja kończy się nabiciem na iglicę samochodu ze złoczyńcami. Aha - nie znosi, gdy go nazywać dupkiem, rzuca wielorybami i dręczy dzieci. Zadowoleni?

Hancock to genialna komedia, przy której zarykiwałam się ze śmiechu. Ale podobnie jak poprzednicy, nie jest z całą pewnością filmem idealnym. Przede wszystkim - fabuła. Początek jest szokująco-śmieszny. Gdy Hancock zostaje przez wdzięcznego za uratowanie życia speca od PR, Raya (Jason Bateman) wykreowany na prawdziwego superbohatera, efekt jest po prostu przekomiczny. Później jednak superbohater odkrywa swoje powiązania z żoną tegoż, Mary (Charlize Theron) i... fabuła się rozmywa. Staje błaha i tak nieistotna, że miesiąc po seansie nie będę już pamiętać zapewne ani klatki z tego, co stało się po walce Hancocka i Mary.

Podobno Hancocka ugrzecznili producenci, by uczynić z niego kino familijne. Nie wyszło im. Trudno uznać za film familijny dziełko, w którym tyle razy pada słowo "dupek". Ale w efekcie tych odgórnych działań, film jest nierówny - pierwsza połowa świetna, druga zwyczajnie słaba.

Szkoda.

* * *

Patrząc na powyższe, nasuwa mi się tylko jeden wniosek - kobiecie nie dogodzisz ;)
Skoro zaś o kobietach mowa - zapraszam do lektury nowego (i pierwszego) drabble'a mojego autorstwa, który też ich temat porusza.