:::: MENU ::::

piątek, 7 lutego 2014

  • piątek, 7 lutego 2014
Rzadko kiedy trafia się książka, na której cześć mam ochotę śpiewać psalmy pochwalne, postawić ją na prywatnym ołtarzyku oraz organizować ku jej chwale marsze zakończone salwami ze spiżowych dział. Jest to rzecz raczej oczywista, zważywszy że przytłaczająca większość społeczeństwa uznałaby podobne zachowania za niezbyt normalne. Czasem jednak - i dla takich chwil warto wydawać pieniądze oraz tracić szanse na rozbudowane życie społeczne, trawiąc czas w księgarniach - wpadnie mi w ręce coś, do czego nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Chłonę język i akcję jak gąbka. Łykam wszystko niczym Sasha Grey. Ostatnio było tak przy Ślepowidzeniu. Nie, przepraszam, przedostatnio. Później objawił się Shogun Jamesa Clavella.

źródło: http://cs-puchatek.pl

Tak, jestem psychopatą z syndromami uzależnienia od Japonii. Ale to nie ma wielkiego znaczenia dla odbioru tej powieści - opasłego tomiszcza wciągającego jak ruchome piaski. Staroć Clavella jest jak narkotykowe uzależnienie. Czytasz pierwszą stronę i chcesz następnej. Im dalej brniesz, tym więcej pragniesz. A gdy nadchodzi koniec, miotasz się spazmatycznie i zastanawiasz, dlaczego autor to skończył? (Bo musiał, ale nikt by nie protestował, gdyby do ponad tysiąca stron dopisał jeszcze z pięć razy tyle).

Teraz będzie obrazoburczo - Gra o Tron jest w porównaniu z tą książką pod każdym względem jak ubogi krewny. Nie ma tu znaczenia, że uwielbiam fantasy Martina. Jego postaci są krwiste, ale postaci z Shoguna są krwiste jeszcze bardziej. Jego wizje niezwykłe, ale nie tak niezwykłe jak pejzaże Japonii, które maluje Clavell. Jego język opisu żywy i intensywny, ale stanowiący popis grafomanii wobec warsztatu pokazanego w powieści o Japonii. Walka o władzę w Grze zacięta, a intryga splątana jak korzenie zarastających mój ogródek pokrzyw, jednak nijak mająca się do krwawej, zmyślnej, zdradzieckiej intrygi z Shoguna.

Tak, to jest taka książka. Niby przygodowa, a przecież epopeja, niby mocno akcyjna, ale pełna celnych spostrzeżeń i przemyśleń, niby bez krzty fantastyki, jednak niesamowicie egzotyczna. Napisał ją Anglik i czuć to w języku opisu, który nijak ma się do choćby poetyzmu Hearna. Jednak o tym można zapomnieć, właśnie dlatego, że Shogun to powieść przygodowa. Najlepsza swojego gatunku. Obecnie, gdy ten rodzaj literatury leży i kwiczy, budząca nostalgię i tęsknotę za tamtymi czasami, gdy powieści przygodowe należały do najpoczytniejszych i było ich na pęczki.

Każdy chyba wie, że na podstawie Shoguna nakręcono serial o tym samym tytule, opium dla starszych odbiorców kultury masowej.

źródło: http://www.ovguide.com

Jego emisja sprzed kilku lat jest być może ostatnim chlubnym zapisem w dziejach Telewizji Polskiej, gdy pokazała ona widzom coś sensownego (z pominięciem zdarzających się jeszcze filmów przyrodniczych). Obecnie, w dobie może nie tyle wymarcia, co hibernacji seriali kostiumowych, gdy na jeden Czas Honoru przypada pięćset tysięcy wtórnych dziadostw o problemach sercowych nierozgarniętych bohaterek i ich nierozgarniętych towarzyszy, serialowa wersja Shoguna budzi podobne uczucia jak książkowy pierwowzór. To nie relikt, ale dumny pomnik minionych czasów, gdy nawet pulpa była strawna (chociaż wątpię, by używano wtedy owego terminu).

Na stan rynku gier nie ma co narzekać, chociaż ten poświęcony mu akapicik utrzymuje sentymentalny ton. Bowiem na podstawie powieści Clavella powstała gra tekstowa, mocno bazująca na fabule książkowej. Można ją pobrać stąd. Jest to nie tylko niezła rozrywka, ale także gratka dla znających język angielski miłośników podobnych, sympatycznych rupieci. Zalecam jednak odpalanie w DOS Boxie.

źródło: http://www.old-games.com

* * *

Przy okazji - udało mi się przełamać złą (albo leniwą) tegoroczną passę w publikacjach. Zapraszam do lektury krótkiego opowiadania Las nigdy nie jest cichy.