:::: MENU ::::

piątek, 28 marca 2014

  • piątek, 28 marca 2014

Nie jestem nawet w jednej ósmej tak pewna siebie i arogancka, żeby pisać (pseudo)recenzję dzieła, jakim jest 2001: Odyseja kosmiczna. A zarazem coś o tym filmie napisać bardzo chcę. Z braku laku sypnę więc garścią ciekawostek, podobnie jak to zrobiłam w poście poświęconym Lobo.

Historia filmu, który odmienił oblicze kina sf, ma swój początek w roku 1964, kiedy rozpoczęła się czteroletnia współpraca Kubricka i Clarke'a. Nikomu ich raczej nie trzeba przedstawiać. Wszystko zaczęło się od opowiadania Clarke'a pod tytułem Posterunek... ale nazwać Odyseję jego adaptacją to jednak spore nadużycie.

Kubrick słynie z perfekcjonizmu. Także do kręcenia tego filmu przygotował się znakomicie, zapewniając sobie stałe wsparcie Clarke'a, więcej niż wystarczający budżet i konsultując się z naukowcami NASA. Dbałość o naukowe prawdopodobieństwo jest zresztą także cechą twórczości literackiej Clarke'a, trudno więc się dziwić, że uczyniono wysiłki, by przenieść ją na ekran.


Założeniem powstania Odysei było stworzenie czegoś odmiennego od tradycyjnej "przygody wśród gwiazd, kosmitów i blasterów". Hollywood w tych czasach traciło znaczną część potęgi na rzecz telewizji, zakończył się rozkwit jego nisko- i średniobudżetowych produkcji. Dla Kubricka była to wiadomość nad wyraz dobra, zamierzał w końcu stworzyć dzieło śmiałe i olśniewające rozmachem, prawdziwą feerię efektów specjalnych. Nie szybka akcja jest wszak atutem Odysei, ale właśnie dbałość o szczegóły i niesamowita warstwa wizualna, jeszcze dziś olśniewająca.

Trzeba przyznać, że Kubrick bardzo się postarał. Nie udało mu się pozyskać ekipy tworzącej krótkometrażówkę Universe, na czym mu zależało, lecz nad efektami specjalnymi do Odysei i tak pracowały same sławy - Wally Veevers, Tom Howard, Con Pederson oraz najmłodszy wówczas pracownik filmy Graphic Films, Douglas Trumbull, który później zapisał się złotymi zgłoskami w historii kina, współpracując przy Star Treku, Łowcy androidów i Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia.

Odyseja kosmiczna tworzy, zgodnie z zamierzeniem, nowy mit, oparty na idei związku człowieka z technologią. Prowadzi nas od odległej prehistorii, przez futurystyczną przyszłość, aż do przedziwnego przejścia między światem logiki a wyższym wymiarem egzystencji. Bogiem jest tutaj superinteligencja, czuwające nad rozwojem technologicznym czarne obeliski. Nawet tytuł, jakże inny od pierwotnego Journey Beyond The Stars, nawiązuje do znanego, greckiego mitu. Oto homerowska Odyseja w XXI wieku.


Z ostatecznej wersji filmu wykrojono czarno-biały prolog w postaci naukowo-teologicznych wywodów na temat istnienia pozaziemskich cywilizacji. Zrezygnowano również z pokazania... kosmitów. Kubrick chciał, by wywarli oni na widzach piorunujące wrażenie. Nie wymyślono jednak nic zadowalającego, poza tym Odyseja i tak mocno przekroczyła zaplanowany budżet, zrezygnowano więc z pomysłu.

Na uwagę zasługuje niesamowita muzyka, doskonałe jej połączenie z obrazem. Wiedeński walc Richarda Straussa, majestatyczny motyw z Tako rzecze Zaratustra, a przed oczami, zespolone niemal z melodią, płynące przez kosmiczną przestrzeń statki... to do dziś wywołuje dreszcze.

Jak wiele znaczących filmów, ten również nie został przychylnie przyjęty przez krytykę. Zwłaszcza amerykańska potraktowała go surowo, jej ówczesny królowa, Pauline Kael, uznała go wręcz za "idiotycznie uroczysty". Spodobał się jednak europejskiemu światku filmowemu i przede wszystkim młodej widowni. Wiadomo wszak, że o być albo nie być filmów zawsze decydują widzowie. W wypadku Odysei ich zachwyt i oddanie sprawiły, że ten wielki film otrzymał należne mu miejsce w kinematografii.