:::: MENU ::::

piątek, 4 kwietnia 2014

  • piątek, 4 kwietnia 2014
Tytuł tego posta jest pytaniem silnie egzystencjalnym, na które - mimo wielokrotnego przemyślenia problemu - nie znalazłam odpowiedzi.

Unikam hejterstwa. Unikam go jak ognia, bo nie jest przyjemne a ja twórców wszelakich szanuję. Jednak obejrzenie dwóch filmów - Battleship: Bitwa o Ziemię i Inwazja: Bitwa o Los Angeles - jednego po drugim było zbyt silnym wstrząsem. Dlatego będę hejtować jak jasna cholera. Te, pożalcie się wszyscy bogowie tego świata, "hity" powalają poziomem debilizmu w nich zawartych.

Zacznę od o rok starszej Inwazji, którą jeszcze da się do pewnego momentu przetrawić. Aktorsko jest słabo. Niby są jasne gwiazdy - grającego główną rolę Aarona Eckharta i Michelle Rodriguez. Niestety, nie mieli się oni czym popisać, bo grane przez nich postacie są całkowicie drewniane. Zresztą, nie ma tu żadnych innych. Kolejnych bohaterów wprowadzono na chama, jednego po drugim, wyświetlając przy każdym stopień, imię i nazwisko. Nie muszę chyba mówić, że pod koniec prezentacji nie pamiętałam już ani jednego?

Eckhart

Początkowo ciężka i duszna atmosfera strachu sfery zdobytej przez kosmitów błyskawicznie dryfuje w kierunku bezsensownej naparzanki. Podobnie dzieje się z żołnierzami. Od całkiem naturalnego strachu i przekonującej psychologii przechodzą gwałtownie do instynktu samozachowawczego migrujących lemingów. Słowem, ich głównym celem życiowym staje się śmierć w jak najbardziej widowiskowy sposób. I tak jak przedtem giną co i rusz, idiotycznie, chaotycznie i banalnie, tak z tymi nagłymi skłonnościami do herosowania żyją sobie zdrowo i bezpiecznie przez cały film. Pod koniec zaś, gdy już szczęśliwie rozprawią się w parę osób z całą inwazją kosmitów, zamiast położyć się i wyspać, ładują do broni zapasy amunicji, co miało pokazać amerykańską niezłomność... a pokazało znacznie słynniejszą amerykańską głupotę.

W ramach "głębi psychologicznej" pałęta się przez cały film wkurwiający jak piesek Dorotki bachor, który bardzo chce zostać marines. Ojciec mu ginie. On chce zostać marines. Człowieka szlag dosłownie trafia i ryknąłby najchętniej temu fagasowi: TO ZOSTAŃ SOBIE TYM PIEPRZONYM MARINES I ŻEBY CIĘ KOSMICI ZANIHILIZOWALI W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI!

wkurwiający bachor

Od momentu, gdy grany przez Eckharta weteran O-Jezu-Moje-Życie-To-Armia-Co-Zrobię-Bez-Niej dochodzi do wniosku, że wie jak załatwić kosmitów, jest tylko gorzej. Okazuje się, że te stwory nie tylko nie pilnują swojego centrum dowodzenia w ogóle... no, chyba że uznamy za straż strzelające iskierkami boje w kanałach, których jedyną rolą jest strzelanie iskierkami... ale też to centrum wystawia nad ziemię tylko jeden element, czyli bezsensowną antenkę. A jak mu ją urwać to wyłazi całe i pozwala się rozwalić. No tak, ale czego się spodziewać po istotach, których w pierwszej części nie da się zabić, a w drugiej jest to już łatwe, bo dokonało się wiwisekcji jednego? Och, fakt, że poprzednio kosmici, trafieni w miejsce, w które rzekomo należy uderzyć, by ich zabić, żyli sobie radośnie i beztrosko zagrzebmy pod stertą dobrego żarcia, które jest niemal równie przydatne jak mocna wódka przy przetrwaniu seansu.

bezsensowne boje

Tym, co naprawdę dobrze obrazuje poziom żenady kolejnego "dzieua" jest fakt, że w porównaniu z Battleship poprzedni kwiatek to film wiekopomny, niesamowity, poruszający i atrakcyjny wizualnie.

Właśnie, do tej atrakcyjności nawiążę. Jeżeli chwalono za coś Battleship to właśnie za wspaniałe efekty specjalne. Dwa słowa: gówno prawda. Są przeciętne, co najwyżej. Charakteryzacja obcych a la nieco podgolona wersja Davy'ego Jonesa... sic. Nie mówiąc o tym, że zanim ich w ogóle zobaczymy, zdążymy zasnąć lub rozsądnie wyłączyć film.

Pierwsze pół godziny to prezentacja postaci. Zarysowywanie konfliktów, rysów psychologicznych, problemów... stop! To nuda, nuda, nuda, nuda, nuda i jeszcze więcej nudy, bijące z ekranu. Przeciętny naleśnik ma głębię większą niż bohaterowie tego gniota. No i jest smaczny. Niby mamy sławnych i kochanych - Taylora Kitscha (załóżmy, że po Carterze ktoś go pokochał, no ale nie jest zupełnym anonimem), Liama Neesona (którego na szczęście prawie nie ma i musi się tylko zgodzić na ślub pewnego idioty z córką - dodam, że ten idiota to główny bohater) i Tadanobu Asano (któremu udało się nawet w tym gównie wykreować sensowną postać; dzięki, stary!) - ale chyba atrakcyjniej byłoby kazać im zagrać kawałki drewna. Aha, mamy też Rihannę. Z oczywistych przyczyn nie wymienię jej w gronie aktorów... acz trzeba przyznać, że jakoś dała sobie radę (tak w sam raz na Złotą Malinę), może ponieważ jej "baba z jajami" jest prosta jak budowa cepa. Na najgenialniejszy pomysł wpada w tym filmie okrętowy głupek, główny bohater zasłużył zaś po stokroć, aby go utopić i tylko taki rozwój wypadków uzasadniłby jego wprowadzenie.

Rihanna z maksymalną ekspresją

Teraz coś o logice. Chociaż przykładanie logiki do Battleship jest jak jedzenie zupy widelcem. Skazane na porażkę.

Gdybyście nie wiedzieli: w Ameryce muzealne zabytki to statki zatankowane, z pełną załogą ukrytą gdzieś po kątach i gotowe do boju, do obsługi pancernika w ogóle nie potrzeba prądu, amerykańscy żołnierze uwielbiają marnować amunicję, strzelając do czegoś, na co i tak strzelanie nie działa. W dodatku amerykańskie statki są w stanie wykonać unik przed już wystrzelonym pociskiem. Tamtejsze niszczyciele, oberwawszy takim, który przełamał na pół wersję japońską, co najwyżej będą miały nieco osmalony pokład. No więc jeżeli planujecie zakup niszczyciela to już wiecie, w jaką produkcję inwestować.

Unik, bitches!

Kompletnie irracjonalne są kontakty na linii kosmici-ludzie. Gdy ci pierwsi się w końcu pojawiają, nikogo nie atakują. Najwyżej się bronią. A Amerykanie są wielce zdziwieni. No kurna, jak komuś oglądającemu wnętrze twojego statku przywalisz łomem to chyba jasne, że się wkurzy i zacznie bronić? Nie potrzeba obcej cywilizacji do tego.

Są dokładnie trzy sceny-kwiatki, którym należy się osobne omówienie lub przynajmniej wzmianka.
1) Bokserska walka wojennego weterana bez nóg z super-hiper kosmitą, który oczywiście przegrywa.
2) Niesienie przez pięciu ludzi półtonowego pocisku, na ugiętych łokciach, na wysokości ich głów. Jakkolwiek tego nie policzę, wychodzi "nie da się".
3) Last but not least, zwrot pancernika na kotwicy a la Jack Sparrow.

Z obu filmów wynikła dla mnie dokładnie jedna głębsza refleksja: WTF?

przeciętny widz