:::: MENU ::::

piątek, 11 kwietnia 2014

  • piątek, 11 kwietnia 2014
Anarchista. Magik. Człowiek, który stworzył From Hell, V jak Vendetta i Watchmenów. Alan Moore, autor Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Strasznie niesamowici ludzie wciąż żyją na tym świecie, prawda?


Liga Niezwykłych Dżentelmenów przypomniała mi się niedawno, w czasie mojego wielodniowego seansu domowo-kinowego. Przypomniała się filmem, który bardzo głupio postanowiłam obejrzeć po raz drugi.

Filmowa wersja tego klasycznego już komiksu dostała solidne cięgi ze wszystkich stron. Wytykano twórcom przede wszystkim zabicie specyficznego klimatu pierwowzoru, głównie poprzez wycięcie licznych literackich nawiązań. Zapewne w takim celu, aby nawet kompletny debil nie pogubił się w całości.

Ogólnie jednak film, chociaż zgubił gdzieś komiksowy wdzięk, głębię i elegancję, jest przyjemnym odmóżdżaczem, o którym zapomina się w kwadrans po obejrzeniu. Niestety, tylko tyle. Daleko ujęciom naszpikowanym sztucznymi efektami specjalnymi do wspaniałej kreski O'Neilla. A drewnianym jak spróchniała deska autorom do komiksowych pierwowzorów. Jeden Townsend zagrał Graya w sposób budzący minimalne choćby emocje. I w sumie Connery powinien się wstydzić, że przyćmił go aktor, dla którego Liga jest najważniejszym występem w karierze...


Jednak - oczywiście - jak wiele kiepskich filmów, także ten ma jedną zaletę. Zachęcił mnie do ponownego sięgnięcia po komiks. I naprawdę... warto było go po to obejrzeć.