:::: MENU ::::

piątek, 25 kwietnia 2014

  • piątek, 25 kwietnia 2014
Miałam nadzieję połknąć Retrospektywy Martina za jednym zamachem, ale nie udało się. Przeczytałam pierwszy tom i nie miałam najmniejszej ochoty od razu sięgać po następne. Brzmi to mało optymistycznie, ale w istocie chodzi jedynie o drobny szczegół - nie wszystko, co napisze Martin, zwala mnie z krzesła, chociaż po Pieśni Lodu i Ognia tak mi się zdawało. Niestety, jedynym pisarzem którego sam styl wystarczy, by mnie zniszczyć, pozostanie chyba po wiek wieków Twain.


To jednak mimo wszystko kiepski zarzut - fakt, że coś nie jest arcydziełem. I w ogóle bym go tutaj nie wysuwała, gdyby nie oszukańczy podtytuł - wybór NAJLEPSZYCH opowiadań. Dupa, Jaś, mandolina. To przekrój przez karierę Martina, od opowiadań co najwyżej przeciętnych, przez niezłe, aż po niesamowitości, ale raczej drobne. Z pewnością nie ma tutaj monumentalnych, wiekopomnych dzieł, które zrobiły z niego tak znanego pisarza.

Do pierwszej grupy - tekstów, z których po prostu promieniuje niedoświadczenie młodego pisarza - zaliczają się przerażająco patetyczny, kaleki zwłaszcza pod względem sposobu opisu (bo koncept ma... przeciętny) Tylko dzieciaki boją się ciemności, zbyt krótka jak na tak intrygujący i poważny temat Forteca oraz Pieśń samotności Larena Dorra, która oferuje nam jedynie twist końcowy. Czyli stanowczo zbyt mało jak na sztampę i nudę, straszące od początku. No i jest jeszcze ten Zjazd do San Breta, tekst przeciętny. Po prostu, z każdej strony, rozpaczliwie przeciętny.

Nagrodzona i wychwalana Pieśń dla Lyanny nie zachwyca. To opowiadanie z dobrym pomysłem, ale pomysł ten rozmył się gdzieś w egzaltacji głównego bohatera i narratora zarazem. Podobnie jest z Bohaterem, Drogą krzyża i smoka i Wieżą popiołów. Koncept zawsze jest dobry, ale coś szwankuje - a to nastrój, a to emocje, a to zbędne udziwnianie, a to zbyt pobieżne potraktowanie tematu proszącego się o rozwinięcie.


Z drugiej strony, nie brak znakomitych tekstów, które pokazują, że Martin to twórca wybitny. Drugi rodzaj samotności, poza interesującą otoczką science fiction, karmi potężną dawką trudnych, złożonych emocji. I śmierć jest jego dziedzictwem to rzecz krótka, ale w tym przypadku wypada to znakomicie, w pełni uwydatnia po martinowsku przewrotny pomysł. Kamienne miasto daje nam koniec spodziewany, ale obraz nic a nic przez tę przewidywalność nie traci na sile przekazu. Mgły opadają o świcie to nastrojowa opowieść o potrzebie tajemnicy, która zapadła w pamięć i zrobiła wrażenie nawet na mnie, chociaż nie zgadzam się z jej prostym sentymentalizmem. Nie wolno zabijać człowieka natomiast spodobały mi się niesamowicie jako opowieść o starciu brutalnej siły z niewzruszonym spokojem pacyfistycznej idei. Mroźne kwiaty są melancholijnym zamknięciem serii kosmicznych opowiadań, niezwykłą historią o utraconej wiedzy i możliwościach, chociaż rażą nieco nieuzasadnionymi nawiązaniami do legendy o królu Arturze.


Wszystko to są opowiadania science fiction, bo też tekstów z gatunku fantasy w zbiorze jest niewiele. Martin uzasadnia to zróżnicowanie - fantasy się nie sprzedawało. Hm, dobrze wiedzieć, że większość czasów była dla tego gatunku złymi jeśli o chętnych do zapłacenia za nie chodzi... (obecnie skarżą się na podobne kłopoty raczej twórcy sf).

Mimo niewielkiej ilości, w zbiorze znalazły się dwa całkiem niezłe opowiadania fantasy - poruszający Lodowy smok oraz Na odłączonych ziemiach, w którym znalazłam wszystko, co kocham w Martinie. To znaczy jego spryt w robieniu czytelnika w konia, okrucieństwo wobec bohaterów i rozgrywanie fabuły tak jak nikt inny by jej nie rozegrał.


Natomiast o wartości zbiorku zdecydowanie najpełniej świadczą komentarze autora. Są intrygujące, pokazują brutalny, ale i oferujący dziesiątki możliwości, amerykański rynek literacki. Którego autorzy mają, w gruncie rzeczy, dylematy podobne do tych rodzimych. Przynajmniej nieopierzeni.

* * *

Przy okazji - polecam swoją najnowszą publikację w Esensji, Iskrę w ciemności.