:::: MENU ::::

piątek, 18 kwietnia 2014

  • piątek, 18 kwietnia 2014
Ian McDonald jest tylko jeden.

To prawdopodobnie mój ulubiony pisarz science fiction. Tym, co cechuje jego twórczość, jest... a właściwie, cholera, jego twórczość ma tylko cechy charakterystyczne. Niezwykły, barwny, ale zarazem trudny język, jakim ten człowiek pisze, przykuwa uwagę. Każdy akapit błyszczy wspaniałym porównaniem czy epitetem. Jednocześnie McDonald nie popada w patos i banał. Porównać chyba można jego narratora z narratorem Dukaja, ale o ile przez Dukaja brnie mi się ciężko, McDonalda czytam dla samego czytania, dla uczucia płynięcia po kolejnych frazach.

Niezwykle charakterystyczny jest też klimat jego powieści i opowiadań. Wiele z nich dzieje się w krajach egzotycznych - Indiach czy Brazylii. Także Serca, dłonie, głosy, o których chcę dziś trochę napisać, przywodzą na myśl podobne miejsce. Tylko przywodzą, bo Indie nie są nigdzie wymienione z nazwy, wręcz przeciwnie, układ sił politycznych i nazwy państw są wymyślone przez autora. A mimo to przez całą lekturę miałam silne wrażenie, że wydarzenia dzieją się właśnie w Indiach, bo McDonald mistrzowsko oddaje klimat tego kraju. Czytając książkę, niemal czuje się jego zapach (smród?), ciepło tamtejszego słońca, słychać hałas zatłoczonych ulic.


Serca, dłonie, głosy są jednak nie opowieścią o barwnych, odległych krainach, ale o wojnie. O konflikcie zbrojnym, opisanym brutalnie i realistycznie z perspektywy dziewczynki, która straciła dom i rodzinę. Przesłanie lektury jest zupełnie odmienne od patetycznych (i patriotycznych) powieści, którymi raczą nas rozliczni polscy autorzy fantastyki. Wojna McDonalda jest przede wszystkim nieludzka. Nie ma dobrych stron konfliktu, bo sam konflikt jest złem. Bardzo pacyfistyczne przesłanie, tchnące jakimś buddyjskim spokojem, bardzo ludzkie. Nieco to podobne do twórczości innego autora, którego sobie cenię, Mitchella. Tam również ponad wszystkim, co słuszne i niesłuszne, przeważa pochwała obiektywnego dobra i człowieczeństwa.