:::: MENU ::::

sobota, 24 maja 2014

  • sobota, 24 maja 2014
Czy to Power Rangers? Może Zed z LoLa? Albo... teściowa?


Nic z tych rzeczy, panowie i panie. Po prostu Predator, o nikogo innego nie chodzi.

Oczywiście, będzie to wycieczka w świat kinowy, raczej sentymentalna - znaczy, do cholery, ten film jest starszy ode mnie! Wnioskuję więc, że wspominać, O CZYM traktuje, nie muszę, ba, nawet nie powinnam (jeżeli się tu przyplącze ktoś, kto go nie widział). Bo Predator ma to do siebie, że jest zupełnie jednorazowy. Trzyma w napięciu i straszy za pierwszym razem, za każdym następnym już jednak nudzi.

Wciąż są w tym dziełku rozwiązania fabularne, które przykuwają uwagę. Przede wszystkim zaś atmosfera, człowiek, który stał się zwierzyną, zaszczuty, przechytrzony, samotny wobec obcej grozy. Tytułowy łowca jest dziwny i nieznany, nikt nie wie, skąd się wziął i czemu dopuszcza się swoich krwawych czynów. To tylko potęguje wrażenie niesamowitości i napięcie.


A potem, szast-prast. Film staje się hitem, ba, staje się legendą, chociaż to już później. W trzy lata po premierze Predatora pojawia się sequel (tak, wciąż starszy ode mnie). Drugiej części szczęście nie sprzyja od samego początku. Schwarzenegger nie chce grać, woli Terminatora, no, zdarza się. Przeniesienie akcji z dżungli naturalnej do miejskiej niby wydaje się dobrym pomysłem. Mamy gęstą atmosferę zbrodni i nielegalnych interesów. Co z tego, skoro fabuła jest wtórna i znamy już potwora. A w czasie filmu poznajemy go jeszcze lepiej, widzimy statek, widzimy innych przedstawicieli gatunku... trochę jak z Alienem, ale tam udało się zachować napięcie przez wariacje schematu fabularnego. Tu nawet tego zabrakło. Zaś to, co widzialne i znane, nie jest już wcale straszne...


W porządku, jest więc sequel, dostaliśmy po dupie... ale czy to koniec? Gdzieżby tam!

W 2004 roku powstaje Obcy kontra Predator i jest to najlepszy dowód na to, że niektóre serie należy pozostawić w świętym spokoju. Nie dotykać. Niech sobie trupy stygną w spokoju, przechodząc do legendy.

Mamy piramidę, znalezioną pod lodem, Obcych, Predatorów, dużo krwi, dużo kwasu, dużo trupów, dużo niebezpieczeństw, mało napięcia i jeszcze mniej sensu. Wydaje się, że gorzej być nie może.


Hollywood dowiodło jednak nieraz, że gorzej może być zawsze. I postanowiło uczynić to ponownie, tworząc sequel do Obcy kontra Predator, którego prawdziwy tytuł brzmieć powinien Co się stanie, jeśli z Predatora wykluje się Obcy i ucieknie między ludzi?

Film jest krótki, a mimo to z ekranu wieje nudą i brakiem sensu, do którego już przyzwyczaiła nas część poprzednia...


Zdaje się, że seria może już tylko popaść w coraz bardziej skręconą spiralę głupoty. Na szczęście jednak w 2010 roku przychodzi odrodzenie. W filmie Predators kosmiczny łowca wraca tam, gdzie od początku było jego miejsce - do dżungli. Tym razem na obcą planetę zostaje porwana grupa ludzi. Wszyscy mają swoje za uszami. To znaczy, są najlepsi z najlepszych. Według standardów Predatorów.

Film ma oryginalną fabułę i kilka twistów. Brakuje elementów horroru rodem z pierwszej części i napięcia, ale to produkcja przeciętna w pozytywny sposób. Seria, po latach obijania się w rejonach kina klasy Z, wróciła na mniej więcej właściwy tor i została godnie (na razie) zakończona. To niewątpliwie cieszy.


* * *

Tymczasem - wreszcie, po prawie roku oczekiwania - ukazała się zapowiadana antologia prac finałowych z krakonowego konkursu Ostatni Dzień Pary. W niej i mój krótki tekst, Wojna Adaptacyjna. Antologię można pobrać - za darmo i w wielu formatach - tutaj.

Jeden z patronów medialnych, Fahrenheit, zamieścił już recenzję. To dla tych ciekawych, czy warto zerknąć do zbiorku.