:::: MENU ::::

piątek, 9 maja 2014

  • piątek, 9 maja 2014
Filmy o tematyce postapokaliptycznej to niemal codzienność. Człowiek potyka się o nie, idąc ulicą. Gdy wieje wiatr, uderzają go w twarz plakaty reklamujące takowe. Jednym słowem - gatunek jest nieco przejrzały w hollywoodzkiej kinematografii, zwłaszcza że zwykle traktuje się go tam po łebkach i niekonsekwentnie. Powiewem świeżości dla tej zamulonej sadzawki powinna być szczypta horroru... ale amerykańscy producenci średnio rozumieją, że jeżeli czegoś świeżego użyć trymiliard razy, przestaje być świeże.

Horrorowa postapokalipsa to także temat znany pisarzom. Jeden z najlepszych i najchętniej ekranizowanych stworzył swego czasu powieść zatytułowaną I am Legend. Do dziś jest unikalna. Mowa oczywiście o twórcy Richardzie Mathesonie.


Od razu powiem, że nie zamierzam pisać o książce, ale o filmie na jej podstawie z 2007 roku, wyreżyserowanym przez Francisa Lawrence'a. Zagrał w nim Will Smith i zrobił to znakomicie. Mamy tu wszystko, czego możemy chcieć od pozycji z gatunku i jeszcze więcej.


Jestem legendą to znakomity rozrywkowy film, nie straszący wprost, ale utrzymujący w napięciu od początku do końca. Zaczyna się standardowo - ludzi atakuje wirus, który ich zabija lub zmienia w krwiożercze bestie. Miasta pustoszeją, bohater przeżywa i walczy o przetrwanie w nowej, straszniejszej rzeczywistości. Przez cały czas szuka leku, który pozwoli uratować ludzkość i poświęca życia, aby udało się tego dokonać.

Wątek apokalipsy jest więc poprowadzony w bardzo typowy sposób. Rzecz w tym, że są inne obszary, na których Jestem legendą pobija konkurencję.

Potwory, które są najgorszym zagrożeniem dla bohatera, to wampiry. Wirus atakuje tak ludzi jak i zwierzęta. Przy całym naukowym podejściu typowym dla science-fiction, bestie pozostały bestiami. Boją się światła, wabi je krew, mają swoje ograniczenia, które bohater wykorzystuje i możliwości, których się obawia. Ciekawe, nowatorskie, oryginalne podejście do tematu!


Nic tak nie cieszy jak konsekwencja w prowadzeniu głównego bohatera. Nie jest herosem, który niezłomnie podąża przez miasto pełne bestii. Stracił rodzinę, przeżywa horror samotności, zarazem pragnie spotkania z innymi ludźmi i jest przerażająco podejrzliwy, gdy do niego dochodzi. Szczerze mówiąc, odnieść można wrażenie, że zupełnie mu odbiło. Pół biedy, że rozmawia z psem, ale ustawianie sobie manekinów na ulicy i wpadanie w histerię, gdy jeden z nich zmienił położenie? Po zastanowieniu, to doskonale ukazuje dramat, jakim jest dla człowieka izolacja - zupełna i długotrwała - od jego gatunku.


Wreszcie - końcówka. Poświęcenie dla dobra ludzkości. Stanie się prawdziwą legendą, nowym mesjaszem. O ile początek i środek pokazuje walkę o przetrwanie, o tyle koniec jest peanem na pochwałę prostych, ludzkich cech - łagodności, pokoju, odrzucenia agresji. Przesłanie Marleya, kostium boskiej woli, a wszystko i tak mądre oraz zapadające w pamięć. Jak cały film.