:::: MENU ::::

piątek, 25 lipca 2014

  • piątek, 25 lipca 2014
Wyobraźcie sobie taką sytuację - człowiek, który swoje w dziennikarskiej karierze przeszedł, a teraz z w spokoju i harmonii redaguje Panią Domu, postanowił pewnego dnia napisać książkę. Nie jest to wcale wstęp do obyczajówki, ale telegraficzny skrót biografii Zbigniewa Zborowskiego, autora Nowego drapieżnika, który jest jego debiutancką powieścią.

Trudno jednoznacznie określić gatunek Nowego drapieżnika. To wielki tygiel, w który wpadło wszystko. Romans, obyczajówka, science-fiction, powieść sensacyjna, kryminał. Pojawia się mnóstwo wątków, autor porusza wiele kwestii - od niepełnosprawności, przez problem sumienia, poczucie obowiązku, aż do goryczy samotności i ciężar okrutnego dziedzictwa.

Tłem powieści jest Warszawa z całym wachlarzem mieszkańców. Autor dba o barwne i realistyczne ich odmalowanie, nieważne, czy prowadzi nas nad Wisłę, po biednych dzielnicach, do nocnych klubach czy też drogich dyskotek. Także postaci zostały wykreowane w realistyczny sposób. Nikt nie jest tu do końca kryształowy, a każdy ma jakiś charakterystyczny rys. Tytułowy bohater został zmuszony do podporządkowania życia swoim nieludzkim instynktom; dociekliwa dziennikarka z dobrego domu jest odpowiednio uparta i irytująca dla otoczenia; gburowaty policjant wymienił życie rodzinne i szczęście na chwytanie przestępców. Wszystko to pewne archetypy, ale chociaż typowi, bohaterowie nie są płascy, za co należą się autorowi gratulacje.


Z poprowadzeniem większości wątków Zborowski poradził sobie śpiewająco. Są jednak dwa, do których można mieć poważne zastrzeżenia.

Przede wszystkim, śledztwo prowadzone przez wspomnianego już policjanta-gbura. Madejski, bo tak się ów nazywa, bada sprawę dziwnych morderstw. Problem w tym, że dla czytelnika owo badanie sprawy nie jest w ogóle interesujące z prostej przyczyny - zna wszystkie odpowiedzi, których nie zna policjant, bo autor już przedtem opisał zagadkowe wydarzenia.

Sama idea drapieżnika, który wyewoluował z rasy ludzkiej, żeby się nią żywić (sic!) również okazała się nie całkiem trafna. Mentalne ataki pozwalają drapieżcy, eee... no, właśnie nie bardzo wiadomo, na co. Na wyssanie sił życiowych? Cóż, chyba coś w tym rodzaju. A przy tym ofiarami drapieżnika są tylko ŹLI. Kawaii! Niby jest to jakoś wyjaśnione, ale autor prześlizgał się po powierzchni para-naukowego bełkotu. Niemniej, udało mu się odwrócić uwagę czytelnika wciągającą akcją.


Na oklaski zasługuje także zakończenie. Niepokojące, nieco nawet mroczne. I dość zaskakujące.

Mocno zawiodą się osoby, które do Nowego drapieżnika podejdą jak do horroru, a opis na okładce może je pod tym względem oszukać. To przyjemna lektura, ale raczej sensacyjna. Nie straszy, zapewnia jedynie godziwą rozrywkę. I dobrze, takich książek też potrzeba.