:::: MENU ::::

niedziela, 7 września 2014

  • niedziela, 7 września 2014
Czwartek. 14:00. Bielsko-Biała. Z pociągu wysiada tłum ludzi, większość w glanach, niektórzy niosą dziwne przedmioty - a to miecz, a to hełm, a to młot Thora ze styropianu. Wszyscy wychodzą z dworca i zmierzają w jednym kierunku. Torby cholernie ciężkie, nikt za dobrze nie wie, dokąd właściwie idziemy, ale w porządku. Mamy mapki. Oto i jest Wyższa Szkoła Administracji, są pomocni helperzy. Można się o wszystko dopytać.

Pierwsze zaskoczenie: kolejka do akredytacji online. Stoi jeszcze, kiedy ja, zdezorganizowany leń, który nic wcześniej nie wykupił, mam w ręku swój identyfikator. Zaraz, co z noclegiem? Można wykupić za piątaka o szesnastej? Fajnie, bosko. Bagaże do szatni i idziemy. Po kawę. Potem trochę się pokręcić po stoiskach. Kupić los, w którym będzie tylko cukierek. I tak dalej.

plakat

O szesnastej biegniemy po swój nocleg. Ale odpowiedzialnych za niego osób nie ma. Kiedyś będą. Dlatego idziemy na prelekcję Toudiego (bądź Macieja Pitali jak ktoś woli) o najemnikach. W pierwszym rzędzie samozwańczy specjalista, który wszystko zagłusza. Cudowna zapowiedź mąk. Ale jakoś płynie, trochę ciekawostek skapnęło.

Udaje się dorwać nocleg. Radość wielka. Można zająć sobie swój kawałek podłogi.

Kolejne są Zagadki medyczne Aliny "Róży" Janiak. Podobno jej pierwsza prelekcja, jeśli dobrze pamiętam. Znakomita, fascynująca, dobrze przygotowana i poprowadzona. Jako bonus - świeżutkie zdjęcia wbitego w głowę widelca od obecnych na sali ratowników.

Prelekcja Pawła Ciećwierza, którego bardzo lubię słuchać (o czym wiem z liceum, gdzie uczył mnie wiedzy o kulturze) wypadła. Zamiast tego zostaje piwo w Analog Caffe. Mecz siatkówki, czyli chaos, hałas i tłum we wnętrzu oraz wolne stoliki na świeżym powietrzu.

typowi uczestnicy

Po nocy, szukanie pryszniców. Są w budynku, nieco z boku. Wejść do  niego trzeba zrujnowanymi, ciemnymi schodkami. Jest przygoda. W ofercie woda lodowata oraz lodowata. Najpierw odpadła klamka w drzwiach, potem kurek pod jednym z pryszniców.

Okazuje się, że wszyscy na sali noclegowej mają dmuchane materace zamiast karimat. I wszystkie one TRZESZCZĄ.

Piątek upływa pod znakiem prelekcji. Dziesiąta rano, pod salą, w której odbywa się pogadanka Ćwieka - tłum. Samego prowadzącego nie ma. Przychodzą helperzy, zjawiają się orgowie. Jest klucz. Prowadzący zostaje obudzony i z dwudziestominutowym poślizgiem zaczyna mówić o marketingu narracyjnym. Kuby zawsze słucha się znakomicie, większość obecnych wychodzi z sali zadowolona.

z Romkiem Pawlakiem
Później czas na spotkanie autorskie z Romkiem Pawlakiem. Niezwykle interesujące, pełne ciekawych spostrzeżeń o pisaniu. Głównie dla dzieci i młodzieży, ale nie tylko. Trochę prawd o rynku. To raczej łyżka miodu. Wciąż są przestrzenie, na których można uprawiać poletko i zebrać obfite plony.

Przerwa na obiad. Pyszny i ogromny, wegetariański posiłek. Podobno mięsny też był dobry. Polecam Gyrosa Sabełek, mimo mało gyrosowej nazwy i skromnej oferty, jedzenie jest po prostu mniam.

Mity i legendy Indii Asi "Idai" Śliwińskiej zawodzą. Ciekawy temat, tłum ludzi, cały potencjał zmarnowany. Prelekcję zdominował chaos i monotonia wypowiedzi. Miałam wyjść kwadrans przed końcem, uciekłam trzy, pod pretekstem przygotowania się na własne wystąpienie. Znaczy, ten, no, spotkanie z Genius Creations.

kuszenie

Trema mnie nie zżarła, chyba głównie przez kameralność towarzystwa. Plany rozlazły się w szwach, sporo autorów nie dotarło. Nie wiem, o co poszło. W każdym razie wypowiedziałam się, mam nadzieję, że sensownie, poznałam też Emila Strzeszewskiego i Pawła Majkę. Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja pojawić się razem, I że wypadnę pewniej i lepiej, chociaż osobiście nie mam uczucia, bym wypadła źle czy coś.

Następne było spotkanie autorskie z Robertem Wegnerem, które... no... było. Wieczorem zaś najlepsza chyba prelekcja, na jakiej byłam, czyli historia psychiatrii zaprezentowana przez Galneę. Siedziałam z rozdziawioną buzią i chłonęłam każde słowo.

Następna prelekcja o horrorach polegała głównie na oglądaniu kawałków tych co śmieszniejszych. Ale było późno i sympatycznie, nie ma na co narzekać.

nominowani do Zajdla

Prysznice. Kolejki brak. Ciekawe, czemu?

Noc spędzona na graniu w Kłamciankę, fetyszu stóp, oglądaniu Mulan. Boska zabawa. Pięć godzin snu. Sobota, ostatni dzień Polconu, znaczy się - dla mnie. Nie zdążyłam na prelekcję o jednorożcach, poszłam za to na tę o sztukach walki, tak samo prowadzoną przez Simona Zacka. Fajnie, miło. Następnie Przemek Angerman uczył o pisaniu scenariuszy i rozdawał egzemplarze swojej Tożsamości Rodneya Cullaka. I mnie skapnął jeden. Jeszcze spotkanie z NF, zajmująco, zabawnie, sympatycznie.

Pogoda zaczęła się psuć. Zawinęłyśmy się z koleżanką wcześniej, przed Galą Zajdla. Pobiegłyśmy na dworzec. Zaczęło padać, gdy szłyśmy na peron, rozlało się. Wsiadłyśmy do pociągu. Zepsuty. Na zewnątrz strugi wody, burza nad naszymi głowami. Terror, zdobywanie niewielkich pagórków asfaltu, gdzie było sucho i nic nie przeciekało. Podstawiono nowy skład. Już, można bezpiecznie wrócić do domu, przywożąc kupę wspomnień ze znakomitej zabawy i tęsknotę za wspaniałą atmosferą.