:::: MENU ::::

sobota, 11 października 2014

  • sobota, 11 października 2014

Przesąd Davida Ambrose'a to mało znana książka mało znanego autora. W zasadzie człowiek ten jest chyba bardziej scenarzystą niż pisarzem. "Chyba", ponieważ - przyznaję bez bicia - zupełnie nie kojarzę żadnego filmu, do którego stworzył scenariusz. Jakiś horror, jakiś Dramat na torach, jakaś austriacka wersja Trzech muszkieterów.

Z bibliografią wcale nie jest lepiej, chociaż to można złożyć na karb faktu, że tylko Przesąd został wydany w Polsce. Jak łatwo zauważyć, nie zyskał sobie wielkiej sławy, czego powody są zupełnie zrozumiałe. Konkretnie - jeden powód.

To zwyczajne czytadło.

Naprawdę. Książka jest przeciętnie napisana, bohaterowie przeciętnie wykreowani, całość nie skłania do żadnych głębokich przemyśleń, fabuła przez większość czasu idzie jak po sznurku i w dodatku jest rozpaczliwie oczywista. Nie wspominając o tym, że blurb to jeden wielki spoiler - ukłony dla wydawcy, to naprawdę świetne, kiedy sięgając po książkę, od razu dostajemy jej streszczenie. Zwłaszcza w przypadku rzeczy, która miała być horrorem.

Właśnie. Miała.

To, co najbardziej zawiodło w Przesądzie, to główna oś fabuły oraz klimat. Zaczyna się od tego, że grupa ludzi podejmuje pewien paranormalny eksperyment. Nie wywołują duchów, ale wymyślają sobie własnego. Dzięki sile ich woli, ten duch naprawdę zaczyna istnieć. Tutaj zaczynają się problemy, bowiem ów twór staje się tak silny, że... pojawia się w przeszłości i wykształca własną wolę. Państwo mistrzowie nierozsądnych eksperymentów próbują go unicestwić, co naturalnie kończy się tym, że wszyscy giną. Walka jest beznadziejna, los straszny, postronni pukają się w czoła. Wiadomo, w  czym rzecz.

Teoretycznie, dało się na tym boleśnie wyświechtanym schemacie zbudować coś chociaż trochę strasznego. Nic z tego. Przesąd nie trzyma w napięciu nawet przez jedną stronę. Owszem, czyta się go szybko, przyjemnie, bez bólu zębów. Chociaż kliszowaty, nie nudzi. Z tym, że od paranormalnego horroru wymagam jednak... czegoś. Może być gore, może być strach, może być napięcie, może być niecierpliwe oczekiwanie na to, co stanie się dalej, może być psychiczny szok. Nie kompletna obojętność. To chyba nawet gorzej, niż gdyby powieść okazała się gniotem.

Na szczęście książka Ambrose'a nie składa się tylko z elementów słabych czy też przeciętnych. Są dokładnie dwie dobre rzeczy, które sprawiają, że całość da się przeczytać bez poczucia zmarnowania czasu.

Pierwsza to podejście do tematu. Ambrose paranormalność opisuje w sposób paranaukowy, co robi całości na dobre. Także samo powstanie ducha zostaje wyjaśnione bez posiłkowania się jakąkolwiek religią. Jednym słowem, gdyby Przesąd był straszny, mógłby straszyć skutecznie nawet ateistów.

W końcówce pojawia się pewien interesujący twist, którego nie zdradzę. Jest to chyba jedyny moment fabuły, którego nadejścia się nie spodziewałam. Może dzięki temu nie zapomnę o Przesądzie tak zupełnie.

Dla kogo jest ta książka? Ciężko mi powiedzieć. Na pewno nie dla miłośników literatury z minimalnymi chociaż ambicjami. Nie dla zwolenników zagłębiania się w ludzką psychologię. Może dla kogoś, kto lubi lekkie, rozrywkowe powieści. Albo stawia pierwsze kroki w świecie horroru, a pragnie zacząć od czegoś, co nie jest specjalnie mocne. Obawiam się jednak, że ze względu na ilość czasu, jaka upłynęła od wydania i na fakt, że książka nie zyskała u nas żadnego rozgłosu, tak naprawdę pozostanie ona na zawsze zakurzonym zapychaczem półki w antykwariatach i bibliotekach.