:::: MENU ::::

niedziela, 26 października 2014

  • niedziela, 26 października 2014

24.10, Sosnowiec

Jest zimno. Wysiadamy na pierwszym przystanku, wypatrujemy powrotnego. Jest! Przechodzimy przez jedne światła, następnie drugie. Autobusy powrotne stąd nie jadą. Na szczęście widzimy już trzeci przystanek. Znowu przechodzimy przez światła. Jest! A nie, zaraz... stąd również nie jedzie żaden autobus powrotny. Chociaż... jest! Jednak jest! Jeden!

Szukamy szkoły, w której odbywa się konwent. Zimno. Cholernie. Widzimy grupki ludzi, migrujące wokół ogrodzenia i kilku budynków. Są od postapo, mają paramilitarne ciuchy i maski gazowe. Na tym konwencie potykasz się o postapo.
- To ten zielony - mówi ktoś.
Idziemy. Zielony budynek okazuje się przychodnią. Za nim jest szkoła, chociaż bez wejścia. Trzeba obejść całe ogrodzenie, by je znaleźć.
- Zakład o piwo, że to nie tu sprzedają wejściówki - rzucam.
Jesteśmy dziesięć kroków od wejścia, gdy Typowy Koleś z Konwentu (broda, ciężkie buty, czarny ciuch) pyta nas, czy mamy wejściówki i na odpowiedź przeczącą stwierdza, że to nie ta szkoła. Wygrane piwo przestaje mnie cieszyć, gdy znowu przechodzimy przez skrzyżowanie i obchodzimy płot, żeby dostać się do akredytacji.

W akredytacji zaskoczenie. Połowa ceny wejściówki za prowadzenie godzinnego punktu programu. Nie zwrot kosztów po poprowadzeniu. Okej, jak dla mnie super. Obok mnie jakiś koleś przyszedł po wejściówkę dla wystawców. W poprzedniej szkole, "programowej", powiedzieli mu, że ma ją odebrać tutaj. Na akredytacji informują go, że jednak w szkole programowej. Później ten gość zrobi mi zajebistą koszulkę z Ravenem.

Wracamy do szkoły programowej. Jest nawet ciepło. Nic się na razie nie dzieje. Zjadłabym coś. Na mapkach w informatorze nie ma stołówki. Nikt nie wie, gdzie jest jakieś jedzenie. Idziemy szukać. Za przystankiem drugim jest stacja benzynowa, za nią market, pod marketem budka z kebabem. Super.

Gdy wracamy z kebabami, wszyscy pytają, skąd je mamy. Zostajemy zaatakowani przez klony i Sithów. Po krótkim zmaganiach mocy, z trudem zdobyta żywność zostaje z nami.

Idę na Konsoluwkę i siedzę tam do wieczora, naparzając w Tekkena. Trochę wygrywam i trochę dostaję w dupę.

Na dworze jest tak cholernie zimno, że czuję wiatr tańczący mi między kośćmi w łydce. Przysięgam.

* * *

25.10, Sosnowiec

Dzisiaj jest trochę cieplej. Trochę. I świeci słońce, ale jakimś cudem jest ono zimne, chociaż mam na sobie czarny płaszcz. Wtf, Gorolowo? (Dobra, miało nie być już nieśmiesznych żartów o Sosnowcu, sorry.)

Zaliczamy kilka prelekcji. Storycrafting z Piskorskim jest całkiem ciekawy i wow, dostał salę z projektorem, w przeciwieństwie do mnie. Szkoda, że pierwsze czterdzieści pięć minut to wałkowanie tej samej teorii, którą już przewałkował na Polconie Angermann. Później całość się rozkręca. Do prelekcji o lękach i fobiach, prowadzonej przez Kyrcza mam mieszane odczucia. Dobry temat, potraktowany trochę bez polotu i no, trochę mi zgrzyta mówienie o ludziach z depresją i ogólnie chorobami psychicznymi jako o stukniętych, bo to serio jest temat, do którego wypadałoby zacząć w końcu pochodzić poważnie, a nie traktować śmiertelne często w skutkach choroby jak fanaberię. Także odczucia ogólne jednak trochę na minus. Na prelekcję o wąpierzach, prowadzący nie przychodzi. W sumie można było się tego spodziewać przy zniżkach udzielanych już przy zakupie akredytacji, ale i tak smutno.

Ja zaczynam swój wykład, mówiąc do trzech osób. Później schodzi się trochę więcej i sala jest już zaludniona, gdy kończę. Może odwołano wszystkie inne prelekcje o tej godzinie? Nie wiem. W każdym razie, gdyby ktoś chciał z grubsza zapoznać się z tematem, a nie mógł zrobić tego na konwencie: link do prezentacji. I zarazem zapraszam przy następnej okazji, opowiadam jednak więcej niż jest na tych paru slajdach (chociaż można obejrzeć foootki).

Poza tym spędzamy czas w Retrogralni. Chociaż gra o Królu Lwie nie jest taka retro! Przecież grałam w nią w dzieciństwie, czyli raptem... hmmm... piętnaście lat temu?

Siadamy też na mostku kapitańskim statku kosmicznego, zagrywając się w Artemisa. Przednia zabawa. Zawsze chciałam kierować kosmicznym okrętem. Co prawda ponosimy kilkakrotną śmierć, ale nasze klony zasiadają za sterami kolejnych odbudowanych okrętów (Pieroszek I... Pieroszek III... Pieroszek V) i armia obcych najeźdźców zostaje rozgromiona! Woohoo!

Stoisk jest trochę więcej. Oglądamy włochate czapki z uszami i ogonami. Aga nabywa pandę. Później w autobusie, cokolwiek pijany kibic oskarża ją o zabijanie zagrożonych gatunków. No cóż, zdarza się. Kibic w sensie, nie zabijanie pand.

Ja kupuję już wspomnianą koszulkę. Kapitalna sprawa, każdy wzór w kilka godzin. Podałabym wam facebooka, ale fml, nie pamiętam, jak się nazywali ci radośni goście, produkujący ten wspaniały stuff (znaczy... pamiętam Mariusza, ale to nie jest nazwa ich firemki). W każdym razie, jeżeli zobaczycie kiedyś stoisko z koszulkami, gorącą prasą i częścią pracowników śpiącą pod stołem z kasetką pieniędzy przy piersi to... no, wiedzcie, że to oni i że możecie mieć zajebiście ładną koszulkę!*

Udaje nam się zlokalizować bliższą budkę z jedzeniem. Ale mięso do hamburgerów mają nader obrzydliwe. To znaczy... jeżeli ktoś nie lubi żył, sterczących mu z kotleta. Ja nie przepadam.

Wieczorem pojawia się kartka z informacją, że stołówka jest na szkole noclegowej (tej z akredytacją). Well. Fuck this shit.

* * *

26.10, Sosnowiec

Konwent zmienia się w wielkie pakowanie, jeśli nie liczyć ludzi, którzy robią sobie after party przy karciankach. Kolejna prelekcja o wampirach, tym razem w mandze i anime. Znowu prelegent nie przychodzi. Bywa.

Porytkon dobiega końca. Możemy unieważnić wizy i... dobra, w porządku. Już żadnych żartów o Sosnowcu.



* Itoko, nazywali się Itoko