:::: MENU ::::

czwartek, 30 października 2014

  • czwartek, 30 października 2014
Dawno, dawno temu postanowiłam, że nie będę na tym blogu pisać o grach. Istnieje nawet ku temu racjonalny powód - gry starzeją się szybciej od filmów i książek, a ja zawsze jestem na bakier z nowościami. A to przegapię premierę, a to rzeczy w dniu premiery kupione czekają w długiej kolejce do zajęcia mojej uwagi, a to znowu mam jakieś trzysta ciekawostek do opisania przed nimi.

Tylko naprawdę ciężko nie pisać o grach, kiedy się je lubi i uważa za doskonałe dopełnienie książek i filmów. Naprawdę, nie rozumiem ludzi, którzy uważają, że te trzy media istnieją w jakimś ogromnym oderwaniu od siebie. Wszystkie służą opowiadaniu historii.

Właśnie dlatego od czasu do czasu przebijają się gry na tego bloga - a to w notce o IEMie, a to we wrzucanych niekiedy trailerach, a to na przykład w tle (które jest mistrzostwem dyskretnej aluzji, wiem). Ostatnio odświeżam sobie serię Assassin's Creed w związku z tym, że po raz pierwszy od paru lat byłam na tyle chora, by zostać w łóżku z aspiryną i nudziło mi się nieziemsko. Przypomniałam sobie jak szalenie tę grę lubię, szczególnie pierwszą część... i moje postanowienie o niepisaniu o grach pękło. Chodzi za mną i chodzi.

Umówmy się - na tym blogu nie ma recenzji. To omówienia, pseudofilozoficzne refleksje, czasem ciekawostki, bardzo dużo misiów. A skoro nie ma recenzji, nie ciąży nade mną nijak świadomość, że prawdopodobnie wszyscy znają plusy i minusy gry tak wiekowej i popularnej jak pierwsze AC. Odpuszczę sobie jakąkolwiek ocenę czegokolwiek innego niż historia, której mam ochotę przyjrzeć się bliżej. Uwaga - notka będzie długa!

Czy w związku z jej powstaniem można spodziewać się w przyszłości czegoś więcej o grach? No pewnie, że można! W końcu rules are made to be broken. And everything is permitted.


Zacznijmy od podstaw, czyli - o kim właściwie jest Assassin's Creed? Oczywiście, o asasynach, którzy jak najbardziej istnieli, co więcej, w pewnym sensie istnieją do dzisiaj. Sama ich nazwa, brzmiąca co prawda bardzo dobrze, wywodzi się tak naprawdę od obraźliwego słowa hasziszija, używanego przez krzyżowców. Oznacza ona "zażywający haszysz"... o czym za momencik.

Asasyni byli w istocie pierwszymi nizarytami. Obecnie nizaryci są większym odłamem ismailizmu, będącym zarazem odłamem islamu szyickiego. Cały ten łańcuszek jest dość długi i poplątany, a powiedzieć, że sprowadza się do faktu, że mamy do czynienia z muzułmanami, to zbytnie uproszczenie.

Generalnie powstanie większości odłamów islamu ma bardzo silny związek z polityką i bardzo mały z czymkolwiek świętym. Podobnie jest z rozłamem islamu na szyicki, sunnicki i charydżyzm. Sunnici są obecnie najliczniejsi i prawdopodobnie mają najgorszą sławę. Talibowie, obrzezania kobiet w Egipcie, koncepcja dżihadu jako wojny zbrojnej, to wszystko sunnizm w swojej ortodoksyjnej formie. Charydżyzm jest jeszcze bardziej fundamentalny. Szyizm także ciężko określić postępowym, niemniej z całą pewnością jest taki według sunnitów, którzy mają w swojej historii dość liczne prześladowania swych "moralnie zepsutych" braci w wierze (mniej więcej).

Mam nadzieję, że do wszystkich już dotarło, że większość kampanii anty-islamskich jest chybiona na wstępie, bo mamy już trzy jego główne rodzaje, nienawidzące się nawzajem, a dopiero zaczęliśmy. Jeżeli jesteście przeciwni tak zwanej islamizacji Europy, też nie musicie wyrzucać swojego egzemplarza Assassin's Creed przez okno ani spalać na stosie - napływają do nas głównie sunnici, szyitów jest za to sporo w USA.

Ismailizm to odłam szyizmu, który powstał w sposób analogiczny jak przedtem trzy główne ugrupowania. Otóż, był sobie wódz, imam Dżafar as-Sadik w tym przypadku, który na swojego następcę wyznaczył najstarszego syna. Syn jednak zmarł, zanim w ogóle mógł odziedziczyć cokolwiek. Część osób uznała za następce imama drugiego syna, część wnuka po pierwszym, sporu nie rozstrzygnięto, powstały osobne ugrupowania. Jedno z nich to ismailizm, biorący nazwę od Isma'ila, czyli owego pierwszego syna.

Zatrzymam się w tym miejscu, doktryna ismailizmu zawiera bowiem sporo elementów, które były bardzo istotne także dla asasynów. Szyizm generalnie jest religią mistyczną, bardzo mocno skupioną na duchowości wyznawców. Średniowieczny ismailizm nie różnił się w tej kwestii, ale do mistycyzmu dokładał jeszcze racjonalizm, tworząc bardzo interesującą mieszankę, powiedziałabym, podobną nieco do buddyzmu, poza oczywistymi teologicznymi kwestiami. I tak, ismailici (a także asasyni) wierzyli w zjednoczenie rozumu i wiary, starając się pogodzić jedno z drugim. Uważali tekst Koranu za mocno ezoteryczny, a słowa proroków za formułowane w sposób odpowiedni dla możliwości słuchaczy. Wyprowadzili koncepcję nauczania islamu według możliwości ucznia - ich zdaniem tylko wybrani mogli zrozumieć prawdziwą treść Koranu, proste zaś wskazania wiary były przeznaczone dla osób o mniejszych możliwościach ich interpretacji. W efekcie ismailici byli intelektualistami o silnie hierarchicznej strukturze, na której czele stał imam, jedyny w pełni pojmujący treści Koranu.


Docieramy w ten sposób do początków nizarytów i państwa asasynów. Dalej nie będziemy się zagłębiać, bowiem to właśnie jest okres, o który nam chodzi.

Hasan-i Sabbah zbudował państwo ismailickie, którego główną twierdzą był Alamut, odwiedzany w grze przez Altaira jako miejsce już porzucone przez asasynów. Sabbah poparł niejakiego Nizara, który - jak można się domyśleć - miał być imamem, ale zmarł przedwcześnie. Został uznany za mahdiego, czyli coś w rodzaju Jezusa bez pokrewieństwa z Bogiem - proroka, który ma w swoim czasie zstąpić na ziemię, a póki co przebywa "w ukryciu". Tak oto powstał nowy odłam religijny a zarazem małe, zbuntowane państewko.

Przez długie lata owo państewko głównie walczyło z sunnitami, konkretnie z Turkami Seldżuckimi. Ci zdecydowanie nie docenili nizarytów, którzy bardzo szybko odnieśli w owej wojnie spektakularne sukcesy. Udało im się nawet opanować twierdzę położoną w dużej bliskości tureckiej stolicy, co wywołało wśród Seldżuckich prawdziwą panikę.

Siły były w tej walce bardzo nierówne - Seldżuccy byli liczni, nizaryci stanowili w zasadzie społeczność buntowników, tworzącą raczkujący na arenie politycznej kraik. Toteż wkrótce zostali zepchnięci do defensywy, a następnie zmuszeni do wycofywania się z opanowanych terenów. Bardzo szybko znaleźli się też w krytycznej sytuacji, właściwie na skraju zagłady.

W tym własnie miejscu ma swój początek legenda asasynów.

Wobec znaczącej przewagi wrogów, nizaryci zaczęli uciekać się do niehonorowych sposobów walki. Szkolili się w skrytobójstwie i szpiegostwie oraz technikach, które można określić jako terrorystyczne. Jednocześnie praktykowali swoją mistyczną wiarę, pod przewodnictwem imamów nabierając przekonania, że ich życie w istocie znaczy tylko tyle, ile dobrego przyniesie wspólnocie. Religijny fanatyzm i umiejętności na najwyższym poziomie to połączenie, którego nie należy lekceważyć. Obie rzeczy cechowały wszak także innych dobrze znanych popkulturze skrytobójców, czyli... japońskich ninja. Asasyni byli jednak bez wątpienia znacznie bardziej scentralizowani i działali w innym celu, nie zabijali bowiem za pieniądze, ale dla dobra swojego państwa.

Dokonywane przez nizarytów mordy niejednokrotnie dotykały osobistości na najwyższych szczeblach władzy. Ofiary dobierano tak, by nie tylko utrudnić przeciwnikom realizację politycznych planów, ale też zasiać wśród nich strach. Asasyni byli zdolni do najwyższych poświęceń. Nie obawiali się postradać życia, by wypełnić zadanie.

Nic nie obrazuje tego lepiej niż popularna opowieść, wedle której wezwany do poddania twierdzy Starzec z Gór, odpowiedział wrogowi, że ma co prawda mniej ludzi, ale za to znacznie lepszych, bardziej zdyscyplinowanych i zdeterminowanych. Na dowód kazał jednemu z podwładnych zabić się skokiem z wysokiego muru. Wskazany nizaryta zawołał "Bóg jest wielki" i uczynił to bez wahania. Wobec niedowierzania napastników, Starzec kazał powtórzyć to kolejnemu asasynowi. Uzyskał dzięki temu pokazowi pokój na własnych zasadach.

Być może, czytając powyższy akapit, nasuwa się oczywiste skojarzenie. Właśnie ta opowieść jest bowiem inspiracją dla sceny z gry, gdy Altair i dwóch innych asasynów skacze z wieży na oczach wrogiej armii. Jak widać, nie każda gra jest brutalniejsza od życia - w rzeczywistości skoki wiary istniały, ale na dole nie było siana.


Sunnici nie przyjęli jednak z radością faktu, że ich wrogowie jakoś sobie radzą w nędznej sytuacji, w której się znaleźli. Ze skrytobójcami generalnie walczy się ciężko, dlatego starali się jak najbardziej utrudnić nizarytom zdobywanie ewentualnych sojuszników. W zasadzie to oni są odpowiedzialni za ponurą sławę asasynów, która ciągnie się za nimi w pewnym sensie po dziś dzień.

Wobec gotowości do poświęceń swych wrogów, sunnici rozpuścili plotki, jakoby wynikała ona z... narkomanii. Wedle ich opowieści, podwładni imamów byli przez nich raczeni haszyszem i odurzeni zabierani do ogrodów, gdzie obcowali z dziewczynami, udającymi hurysy. Po wytrzeźwieniu wmawiano im, że oto ujrzeli kawałek raju, w którym bez wątpienia się znajdą, jeśli tylko wykonają zadanie. Wszystkie te historie pospisywał jako najszczerszą prawdę Marco Polo, znany jako niezbyt rzetelne źródło wiedzy o krajach pozaeuropejskich. Krzyżowcy zresztą, nie pojmując istoty poświęcenia asasynów, uwierzyli w to bez zastrzeżeń i takie historie przynieśli do Europy. Jeszcze odrobinę dziegciu dołożył w XX wieku (tak długo żyją oszczerstwa!) Vladimir Bartola w swojej powieści Alamut, niestety nie wydanej po polsku, a przeżywającej drugą młodość po zamachu na WTC.

Na dobrą sprawę, nizaryci zetknęli się z krzyżowcami dopiero, gdy poradzili już sobie z Turkami, przetrwali najgorszy okres i rozpoczęli ekspansję w kierunku Syrii. Mniej więcej w połowie XII wieku, asasyni mieli na tych terenach naprawdę spore znaczenie. Jest to także czas, kiedy rządził nimi słynny Raszid ad-Din Sinan, znany jako tajemniczy Starzec z Gór. Rezydował w Masyaf. W tym właśnie okresie dzieje się akcja pierwszego Assassin's Creed, zresztą przełożony Altaira, Al Mualim jest nikim innym, jak właśnie Sinanem.


Fabuła Assassin's Creed, mająca solidne osadzenie w historii, dotyczy w zasadzie w całości mordów na kolejnych ludziach, którzy mieli jakieś polityczne znaczenie w czasach krucjat. Tu już trudno mówić o prawdzie historycznej, natomiast o prawdopodobieństwie można jak najbardziej. Starzec z Gór w okresie krucjat aktywnie działał w celu zachowania niepodległości swego państwa, walcząc i współpracując zarówno z krzyżowcami, jak i muzułmanami, jeżeli istniała taka potrzeba. Do dzisiaj spekuluje się, czy ostatni znaczący historycznie akt, jakiego dokonał - zlecenie zabicia króla Jerozolimy, Konrada z Montferratu - było decyzją podjętą we współpracy z sułtanem Saladynem, czy też z Ryszardem Lwie Serce.

Poza historią, Assassin's Creed robi także coś, co nie wszystkie gry potrafią - dość mocno angażuje w swoją fabułę filozofię. Porusza temat relatywizmu dobra i zła, które jest definiowane różnie, zależnie od punktu widzenia. Szczególnie dobrze obrazują to ostatnie spowiedzi ofiar Altairam, okrutników pewnych prawości swoich czynów. W te drobne rozważania znakomicie wpisuje się motto całej gry: Nic nie jest prawdą. Wszystko jest dozwolone. Zapożyczone zresztą z powieści Alamut, o której wspominałam już wyżej, gdzie jest to najważniejsza z nauk Sabbaha.

Nie istnieją jednak żadne dowody, potwierdzające że asasyni faktycznie posługiwali się tą maksymą. Bez wątpienia całkiem dobrze oddaje ona ich podejście do interpretacji własnych świętych pism i specyficzny, religijny intelektualizm, który wyznawali.

W tym miejscu drobna ciekawostka - zdanie po arabsku, które Altair wypowiada po zabiciu Al Mualima (wiem, że spoiler, ale to przecież stara gra, poza tym ten blog jest pełen spoilerów), oznacza "nic nie jest absolutną prawdą, wszystko jest możliwe", co jest niedokładnym tłumaczeniem maksymy w wersji angielskiej i prawdopodobnie poprawną formą, stosowaną przez nizarytów, o ile ci faktycznie znali to powiedzenie.


Zapewne nawet dziś nie brakuje ludzi, którzy uważają, że gry komputerowe są rąbankami bez ładu i składu, osadzonymi w przypadkowej przestrzeni, z bohaterami kreowanymi z pomocą losowych generatorów cech macho. Nie łudzę się, że zdoła ich przekonać najdłuższa nawet notka o powiązaniach historycznych i filozoficznej głębi. A za to bardzo chce mi się spać. Tą refleksyjną myślą, zamykam dzisiejszy wpis.

Bezpieczeństwo i pokój.