:::: MENU ::::

niedziela, 2 listopada 2014

  • niedziela, 2 listopada 2014
Prawie dwa tygodnie temu światek gier zelektryzowała wieść, że Jade Raymond odchodzi z Ubisoftu. Chociaż pierwszym wrażeniem był lekki szok, fala emocji szybko opadła i wiadomym stało się, że studio da sobie radę. Zresztą, szczerze mówiąc, zmiana miejsc pracy nie jest dla bohaterki tego trochę już ostygłego newsa niczym niezwykłym. Z Ubisoftem spędziła dziesięć lat, przedtem pracowała jednak dla Microsoftu, IBM, Sony i EA, a dopiero później została twórczynią pierwszego AC i producentem wykonawczym drugiego (które dla wielu pewnie na zawsze pozostanie najlepszą częścią gry), by wreszcie utworzyć oddział w Toronto, obecnie szlifujący Unity.

Z osobą Jade Raymond wiążą się też przejawy szowinizmu, a uwierzcie, że rzadko używam tego słowa. Raymond była nie tylko twórcą, ale także twarzą pierwszego asasyna, a poza tym korespondentką w poświęconym branży programie Electric Playground. Erotyczne żarty, pornkomiksy, plotki o rozbieranych sesjach - brzmi trochę jak obecne skandale, narosłe między innymi wokół GamerGate.

Raymond dość sprawnie wytyczyła ścieżkę profesjonalizmu, jaką powinny podążać kobiety w branży gier. Dołączyła do organizacji Women in Film and Television International, puściła pomimo uszu szczeniackie kpiny, od których huczał internet, podążając własną ścieżką kobiety sukcesu. Bez cienia wątpliwości, nie tylko Ubisoft da sobie radę bez niej, ale i ona bez Ubisoftu.

Inną postacią na rynku gier, o której chciałam tu wspomnieć, jest Nina Kristensen, podobnie jak Raymond cechująca się profesjonalizmem i tym, że... no, cóż, pracuje zamiast szerzyć wokół siebie skandale, pomimo tego jak świetnie się obecnie sprzedają. Pracowała dla Millenium Interactive i Sony, przy projektowaniu i tworzeniu graficznej otoczki gry, by po powstaniu studia Just Add Monsters skupić się na zajęciu producenta (obecnie JAM nazywa się Ninja Theory). Tytuły, które najłatwiej z nią powiązać, to zapewne Heavenly Sword i DMC (z 2013).

Dobra, ale co ja właściwie próbuję udowodnić? Ano, nic, bo nic nie ma do udowadniania. Kobiet w branży gier wciąż jest mało i szkoda, że pisze się o nich jak o czymś niezwykłym, toteż nie chcę włączać się w ten nurt.

Tylko dostaję wkurwu jak stąd do Warszawy, kiedy pomimo tych chlubnych przykładów i coraz większej ilości kobiet w branży (Whitman, Rometty, Wojcicki, Sandberg, żeby wymienić największe nazwiska), zawsze znajdzie się - czy to w towarzystwie, czy w przepastnych internetach - nieznający historii kretyn, który spróbuje udowodnić, że reagowanie na kobiety w IT jak na różowego jednorożca jest zupełnie w porządku. Bo nie jest. IT nie wymaga wielkich mięśni, argument o feminizmie i lodówce na piątym piętrze obala się zresztą nadzwyczaj łatwo ("- Wniesie sobie pani lodówkę na piąte piętro? - Nie, a pan sobie?"). Powstała jednak nowa mitologia o tym, jakoby męskie mózgi lepsze były do matematyki.

Czasami dziwię się, że nikt nie próbuje mi udowodnić, że Ada Lovelace była mężczyzną. Albo Grace Hopper.

Ot, i wszystko.