:::: MENU ::::

poniedziałek, 17 listopada 2014

  • poniedziałek, 17 listopada 2014
Przez internet przetoczyło się ostatnio trochę intrygujących dyskusji. Dlatego przepraszam wszystkich, których tym zanudzę, ale znów będzie nieco publicystycznie.

Na początek, odległe echa sprawy z Golgota Picnic. Długi, ciekawy wywiad, zarówno o reakcjach na ten spektakl, protestach i... cenzurze. Czyli dlaczego "obraza uczuć religijnych" to chory zapis, podane w pigułce. Swoją drogą, niepokojące jest traktowanie manifestacji w Polsce. Ostatnio zmasakrowano ekologów, protestujących w Morskim Oku. Bez względu na słuszność i prawomocność zachowań aktywistów, sytuacja, w której reaguje się przemocą fizyczną na pokojowo nastawionych ludzi, jest patologiczna. (Ekhem, Tybet, ekhem, komunistyczne Chiny, ekhem, w ciekawym kierunku dryfujemy.) Aresztowanie wandali demolujących stolicę wszystkich za to oburza...

Dobra, ale mniejsza o para-polityczne szambo u nas w kraju. Ostatnio świat zbulwersowała koszula pewnego naukowca. Sprawa jest popisem takiej głupoty, że chyba zrezygnuję raz na zawsze z nazywania się feministką i wyjaśniania, że mam na myśli odłam zdecydowanie mało radykalny. Po prostu, jeżeli ten zwrot kojarzy się z zachowaniami na takim poziomie, nie chcę za nic w świecie być nim określana. Kolejne wystąpienia "flejministek" depczą tę ideologię skuteczniej niż cokolwiek innego. Dodam, że przed nagłośnieniem sprawy byłam święcie przekonana, że to jest normalna hawajska koszula, afera jak zwykle mi przeszła koło nosa. Btw, pewnie nie mam gustu, niemniej ciuch mi się całkiem podoba. A że wywiad został udzielony tuż po udanej akcji, luźny strój Taylora jakoś nie dziwi, zwłaszcza że był czymś w rodzaju talizmanu na szczęście, wykonanym zresztą przez przyjaciółkę naukowca. 

Na zakończenie tych rozważań, z pozycji studentki uczelni technicznej i to wydziału ze znaczącą przewagą mężczyzn - w ogóle nie wiem, jak można, na podstawie jednej koszuli, autorytarnie wypowiadać się o atmosferze panującej w danym zespole (vide tweet w podlinkowanym artykule). To przykre, ale znam więcej dziewczyn, które nie zdecydowały się na studia inżynierskie, bo słyszały o obrzydliwym wręcz seksizmie, niż takich, które studia rzuciły w jego wyniku. Tak, faceci często zachowują się wobec kobiet w sposób, który tym drugim nie odpowiada i jednocześnie uważają, że sprawiają im przyjemność. Takie rzeczy należy wyjaśniać, a nie strzelać focha. Na niektóre z rozlicznych przykładów seksizmu na uczelniach (do znalezienia w internecie) ręce mi opadają. Otwieranie drzwi? Zwalnianie krzesła? Pomyłka w formach osobowych? (To ostatnie bawi mnie zwłaszcza, że mam jednego prowadzącego, który do całego mojego zespołu na laboratoriach zwraca się per "panie", ignorując istnienie kolegi). Come on!

Można podpisać petycję z podziękowaniami dla Taylora za jego historyczne dokonanie. Zachęcam.

Przejdźmy do przyjemniejszych spraw.

Każdy, kto optymistycznie zakupił w dniu premiery Assassin's Creed: Unity wie już zapewne, że Ubisoft ciągle wypuszcza gry z bugami. Blokowanie się w dziwnych miejscach przestrzeni, przenikanie przez grunt i ładowanie postaci bez skóry "nieco" utrudnia rozgrywkę. Twórcy łatają swój felerny produkt jak mogą, tymczasem na Zombie Samurai pojawił się artykuł o zasadności krytykowania błędów w świeżo wypuszczonych grach. W sumie teoria, że powinno się na to przymykać oko, jest raczej śmieszna. To jak wysłać do księgarni książkę z błędami ortograficznymi, a potem pozwolić czytelnikom wydrukować za darmo erratę ze strony www... korporacje typu Ubi naprawdę powinny zwracać uwagę na to, co wyczyniają. Lepiej przesunąć premierę niż sprzedać ludziom coś, co testerów widziało bardzo niewielu. Nie zmienia to jednak faktu, że nowe AC jest wspaniałe - gdy już załadują się nam wszystkie tekstury i przymkniemy oko na lewitujących NPC. Istnieje również spora szansa, że błędy zostaną w najbliższym czasie usunięte. Na razie gra poczeka na swoją kolej w kąciku. Ostatecznie, naprawdę lubię Altaira i zawsze mogę udawać, że Jerozolima to Paryż. Z geografii nigdy mocna nie byłam.

Skoro o jakości mowa, ostatnio Konrad T. Lewandowski, delikatnie rzecz mówiąc nie słynący z wysokiej kultury wypowiedzi, narobił szumu wokół blogowych recenzji. Trochę w tym marketingu - co sam przyznał - ale też zwrócenie uwagi na realny problem, to jest jakość krytyki w internecie. Cholera, niby drżę, pisząc te słowa na blogu, gdzie zdarzy mi się coś zjechać i nasypać spoilerów, ale ostatecznie nigdy się za prawdziwego blogera książkowego nie uważałam. A moich notek nikt raczej nie nazwie recenzjami, ba, nawet nie chcę, by je tak mianowano.  Od razu też powiem - każdy może sobie pisać, co chce i jak chce. Nie trzeba zdobyć dyplomu, by spróbować zrecenzować jakieś dziełko. Ale należy się liczyć z polemiką wokół swojego tworu i nieprzychylnymi komentarzami. Kółko wzajemnej adoracji, gdzie każdy tylko chwali i linkuje swojego blogaska, to nie jest coś, w co blogosfera zmienić się powinna. Niestety, tak właśnie wygląda w ogromnej części. Że wszelka krytyka powinna jednak być kulturalna, to inna sprawa. Zdawać by się mogło - oczywista.