:::: MENU ::::

sobota, 8 listopada 2014

  • sobota, 8 listopada 2014
"Ekscytująca i lubieżna powieść w klimacie słynnego Pachnidła i Wywiadu z wampirem" - czytamy na okładce Krwi marzeń autorstwa Susan Parisi. Istnieje niepotwierdzona amerykańskimi badaniami teoria, że im więcej znanych tytułów w blurbie, tym większy chłam mamy w ręce.

Nie próbuję nawet udawać, że Krew marzeń mi się podobała.

Autorka miała świetny punkt wyjścia, do którego wrócę na końcu notki. Wenecja, karnawał, XVIII wiek, tarot, opium, morderstwa. Te elementy można było poskładać w coś ekscytującego, a zapowiedź na okładce oczywiście twierdzi, że Parisi się udało. Nic z tego.

Zacznijmy od tego, że powieść jest bardzo źle napisana. Nie wiem, czy zawinił tłumacz, czy autorka. Ktoś na pewno. Cała zmysłowość, której klimat tak bardzo starała się stworzyć, opiera się na ciągłym powtarzaniu przymiotnika. Wenecja jest lubieżna i zmysłowa, karnawał jest lubieżny i zmysłowy, ukochany narratorki jest lubieżny i zmysłowy, każdy fragment jego anatomii jest lubieżny i zmysłowy, nawet cholerne rzeźby amorków są lubieżne i zmysłowe. Opisy starają się być poetyckie, ale sprawiają wrażenie, że posklejano je, podmieniając zwykłe przymiotniki na wymyślne. Efekt jest sztuczny, całość kaleka.

Bohaterowie są tak papierowi... wróć. Bohaterowie są durni. Albo nawet DURNI. Teraz uwaga, spoiler! Ale chrzanić to, i tak domyślicie się prawdy po pierwszych trzydziestu stronach, jeżeli jesteście choćby średnio rozgarnięci. Tajemniczym mordercą, który grasuje w Wenecji, jest równie tajemniczy ukochany narratorki i zarazem głównej bohaterki. Bez względu na to, jak bardzo się staramy, nie sposób tego przeoczyć od momentu, gdy się pojawia. Ten fakt rzuca się nam w oczy, w dodatku wrzeszcząc: "To on! To on! To on!".

Narratorka i główna bohaterka powieści to idiotka. Panna z dobrego domu, która szwenda się po Wenecji, bo pragnie wolności. Później, gdy udaje jej się schadzka ze zmysłowym i lubieżnym ukochanym, okazuje się, że tak naprawdę to pragnie seksu. Potem zaczyna ćpać opium, a autorka stara się jakoś urozmaicić jej postać pompatycznymi opisami. Co jest skazane na porażkę, bowiem Laudomia (to imię już chyba zawsze będzie dla mnie synonimem tępej dzidy) to osoba kompletnie pusta. Bez inteligencji, bez osobowości, bez charakteru. Gdyby podsunąć jej ukochanemu dmuchaną lalkę, a Laudomię zmienić w narratora trzecioosobowego, książka nic by nie straciła. Do tego stopnia postać jest pozbawiona wszelkiej inicjatywy.

Dookoła dwójki kochanków krążą satelity, wycięte z papieru kiepskiej jakości.

Dodajmy do tego fakt, że większość dialogów wygląda tak:
"- Czy mnie też chcesz pochłonąć? - (...)
- Chciałbym poznać kolory twoich snów. - Przesuwał językiem po moim ciele. - Wiem, że nie wszystkie są nieprzyjemne...
- Nie, nie wszystkie.
- Chętnie bym ich zakosztował."
I tego typu brednie ciągną się przez ponad trzysta stron. Nadzieja, że do czegokolwiek prowadzą, pryska dużo wcześniej.

Fabuły praktycznie nie ma. Bohaterka błąka się ulicami. Zakochuje, uprawia seks z ukochanym. Błąka się. Odkrywa, że ukochany jest mordercą. Błąka się. Wpada na szalonego księdza. Błąka się. Daje się przekonać, że nie, ukochany wcale nie jest mordercą. Błąka się. Spotyka ludzi, którzy bardzo pragną ją uratować. Błąka się. Znowu odkrywa, że ukochany to morderca i przez niego zginęli troszczący się o nią ludzie. Błąka się. Wraca do ukochanego. Błąka się. Zabija ukochanego, używając szalonego księdza. Idzie się błąkać. Koniec.

Buddo Amido.

Gdyby Krew marzeń odpompowano z nieudanego patosu i sprzedawano jako romans historyczny z morderstwem w tle, może miałoby to jakiś sens. W obecnej formie książka nie nadaje się nawet do tego. Opis na okładce, który obiecuje gruszki na wierzbie, jest po prostu kłamliwą próbą sprzedania kiepskiego produktu. Takiego, w którym redaktor nawet nie zauważył, że bohaterka nosi suknię z kieszeniami.

W porządku, obiecana odrobina dobra, która przecież musi być w każdej książce. Pomysł miał potencjał. Naprawdę ogromny. Opium i skutki jego stosowania same w sobie wystarczą na temat niejednej powieści, a ja do tej pory nie miałam nawet pojęcia, że zażywano ten narkotyk w Wenecji. Historyczne przygotowanie autorki jest generalnie bardzo dobre. Gdy już uda się przetrawić kiepski język, dostajemy interesujący obraz karnawału nad kanałami. Całość pewnie miałaby klimat, gdyby nie przytałaczająca wszystko lubieżnozmysłowość.

Naprawdę nic więcej nie udało mi się z tej książki wyciągnąć. Przepraszam.