:::: MENU ::::

niedziela, 23 listopada 2014

  • niedziela, 23 listopada 2014

Właściwie fakt, że Karl Michael Armer jest Niemcem nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla omawiania jego Pustynnego bluesa, zbioru opowiadań z gatunku postapo i sf. Najmocniej widać owo pochodzenie bodajże w Tubylcach betonowej dżungli, a przynajmniej ja miałam takie skojarzenia. O czym za sekundkę.

Ostatnio postapo święci tryumfy. Dwie wielkie serie książkowe, stalkerska i metrowa, przyczyniają się do tego w znaczącym stopniu. Ponadto przeżywamy renesans zombie (vide Żywe trupy czy World War Z). Pustynny blues Armera zawiera opowiadania w przytłaczającej większości bardzo typowo traktujące poruszane tematy, chociaż znajdzie się parę wyjątków.

Armer nie jest pisarzem specjalnie znanym, przynajmniej w Polsce. Tym bardziej, że Pustynny blues to zbiór bardzo przeciętny. Owszem, ma swoje wzloty, jednak większość opowiadań czyta się tylko po to, by zaraz o nich zapomnieć.

Z dziesięciu tekstów, na wyróżnienie zasługują tak naprawdę trzy.

Przede wszystkim, otwierający zbiór Tubylcy z betonowej dżungli, którzy są bardzo mocnym uderzeniem. W nowoczesnym, przesiąkniętym dekadentyzmem świecie, grupa ludzi wiedzie swoje żywoty. Sens ich szarej egzystencji nadaje ideologia, mieszanka zmodyfikowanego przez realia neonazizmu i pociągu do brutalności rodem z Mechanicznej pomarańczy. Opisany w tekście świat powoli umiera, nowoczesna, tania technologia odebrała krajobrazom wszelki urok. Ludzkość zdziczała. Nieustannie zacierała granicę między rozrywką a radością z cudzego cierpienia, aż moralny kompas rozpadł się zupełnie.

Tytułowy Pustynny blues nie serwuje nam podobnie szokującego obrazu społeczeństwa, ale również zastanawia się nad skutkami odarcia człowieka ze wszystkiego poza agresją. W dodatku podejmuje temat uzależnienia w postapokaliptycznych dekoracjach. Tekst ma prawdopodobnie najlepszy twist ze wszystkich w zbiorze.

Co warto wiedzieć o sprzęcie OBC to właściwie nie typowe opowiadanie, lecz podane w formie informacyjnej broszury rozważania a la Pozytronowy człowiek. Nic szczególnie odkrywczego, jednak lekkie pióro i autorska ironia w podejściu do tematu, czynią tekst bardzo intrygującym.

Po Armera można sięgnąć, ale niekoniecznie trzeba. Z tej jednej książki, wydanej w rodzimym języku, warto tak naprawdę przeczytać kilka tekstów. Ze względu na tematyczny i stylistyczny rozstrzał, nawet osoby o odmiennym od mojego guście nie pokochają raczej całokształtu zbioru.