:::: MENU ::::

sobota, 1 listopada 2014

  • sobota, 1 listopada 2014
Lubię cmentarze pierwszego listopada, ponieważ wszyscy sobie wtedy o nich przypominają. Między grobami snuje się pełno ludzi, w tym dzieci. Niekoniecznie jest poważnie, ponuro i zadumanie. Świetnie opisała to na swoim blogu Agnieszka Hałas: (...) dla mnie atmosfera cmentarzy w dniu Wszystkich Świętych, z morzem świeczek płonących na grobach, jest cudownie, mistycznie pogańska, nawet jeśli nie wynosimy już naszym zmarłym miodu, kaszy i kutii, jak nasi słowiańscy przodkowie, i nie ulewamy dla nich paru kropel wódki z kieliszka...

Na co dzień żyjemy jakby z dala od naszych zmarłych, szczególnie po latach, gdy ból po ich stracie jest już przytłumiony. Nie mamy w domach ołtarzy, nie prosimy tych, którzy odeszli, o rady, nie wystawiamy pokarmów. Cała nasza kultura stała się zupełnie oderwana od śmierci. Szokuje nas nawet, że szynka na naszej kanapce pochodzi ze świni, zabitej w sposób, który trudno nazwać przyjemnym. Tym bardziej nie przyjmujemy do wiadomości kruchości własnej egzystencji. Codziennie jesteśmy bombardowani wiadomościami o tragediach z całego świata. Nie obchodzą nas one, dopóki nie poczujemy się bezpośrednio zagrożeni - a wtedy, pomimo że chwilę wcześniej wzruszaliśmy ramionami, wpadamy w irracjonalną panikę (vide ebola w Europie).

A przecież śmierć jest integralną częścią człowieczeństwa, jej nieustanna świadomość - tym, co człowieczeństwo definiuje. Obserwujemy własne przemijanie i doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co czeka nas na końcu tej drogi.

Dokładnie taką tezę stawia Pozytronowy człowiek Asimova i Silverberga, dwóch wielkich pisarzy science fiction. Ku tej właśnie powieści moje myśli zrobiły dziś gwałtowny zwrot w czasie rytualnego ukwiecania pomników i zapalania zniczy.

Pozytronowy człowiek nie wlicza się oficjalnie do robotycznego cyklu Asimova, chociaż jak najbardziej porusza podobne tematy. Na samym przedzie znajdują się Trzy Prawa Robotyki, bohaterem również jest maszyna wyposażona w sztuczną inteligencję. Zresztą, maszyna niezwykła. Nosi imię Andrew, kocha dzieci właścicieli, odkrywa w sobie talent artystyczny... i w końcu, postanawia zostać człowiekiem.

To historia o godzeniu się ze sobą na dwóch płaszczyznach. Andrew nie ustaje w swojej walce o człowieczeństwo, które jawi się mu jako najwyższa z wartości. Godzi się w imię tego na wszystko - trudną kampanię w sądach, niewygody, modyfikację wyglądu, zmniejszenie wydolności swojego ciała, w końcu zaś nawet na śmierć. Własnie ona ostatecznie czyni go człowiekiem.

Jednocześnie Andrew, dążący wytrwale do zrealizowania wizji siebie jako niedoskonałego człowieka, jest zarazem własną parodią. Nie potrafi zaakceptować tego, czym jest. Nie próbuje, nie chce, nie może. Poddaje się kolejnym operacjom niczym SuperVenus, dążąc do swojego ideału i odrzucając wszystko, co mu nie odpowiada - czyli w praktyce własne jestestwo.

Niekoniecznie taka właśnie jest zamierzona wymowa powieści. Wydaje mi się jednak ciekawsza od tej, którą dostajemy podaną wprost. Cóż, ktokolwiek czytał moje omówienie Ślepowidzenia, pewnie już wie, że dziwnymi i pokrętnymi drogami interpretuję przeczytane książki.