:::: MENU ::::

środa, 26 listopada 2014

  • środa, 26 listopada 2014

Stali czytelnicy tego bloga prawdopodobnie wiedzą, że nie znoszę literatury młodzieżowej. Dlatego do każdego przedstawiciela z tą etykietką na grzbiecie podchodzę jak pies do jeża. Czasami znajduję prawdziwe perełki, a czasami... cóż, nie. Igrzyska śmierci Suzanne Collins szczerze mówiąc żadną perełką nie są, ale daleko także od tragedii.

Zacznę może od wad.

Powieść cierpi na tę samą przypadłość, co ogromna liczba młodzieżówek z narracją pierwszoosobową kobiecą. Bohaterka jest tak lukrowa, obsypana słodkimi żelkami i nudna, że nie sposób jej polubić. Katniss to ideał. Oczywiście, nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy, jest pełna kompleksów. Uważa się za beztalencie. Tymczasem: strzela z łuku celniej niż Tatar, ma niesamowitą kondycję, skacze po drzewach niczym wiewiórka, jest piękna i kocha się w niej każdy z dwóch występujących w Igrzyskach chłopaków w jej wieku. Jakby nigdy nic, nieporadnie i bez polotu, podbija serca całego kraju. Smuci to tym bardziej, że do pewnego momentu bardzo konsekwentnie autorka kreuje ją na twardą, przyziemną dziewczynę, jedyną żywicielkę rodziny. Nie udało się jej jednak prowadzić takiej postaci, przez co Katniss wkrótce staje się bezbarwna i irytująco zmienna. 

Niestety, z innymi bohaterami wcale nie jest lepiej. Są płascy. Każdy poza Katniss ma najwyżej dwie istotne cechy, które go świetnie charakteryzują. Pół biedy, kiedy to "pijany i cyniczny", ale już "wielki oraz mrukliwy" czy "szalony i bezlitosny" wypadają papierowo. W dodatku, na pierwszy rzut oka można zorientować się, kto stanie się sojusznikiem, a kto wrogiem bohaterki.

Warsztatowo Igrzyska śmierci wypadają bardzo przeciętnie. Oczywiście, to młodzieżowa literatura, ale brakuje tutaj czegokolwiek, co mogłoby przykuć uwagę. Bohaterowie, otoczenie, wszystko jest opisane niezwykle pobieżnie. Nie dostajemy nawet wglądu w uczuciowość bohaterów, co szczególnie dziwne przy obranej narracji. Język jest prosty, być może przez to niektóre dialogi brzmią bardzo drętwo.

Cała pieczołowitość, której zabrakło przy tworzeniu bohaterów, wydaje się przelana w kreację świata i rozplanowanie fabuły. Antyutopijna wizja państwa Panem, na którego terenie dba się o porządek z pomocą terroru, propagandy i przemocy, jest naprawdę świetna. Sama idea Głodowych Igrzysk, przywodząca na myśl znacznie bardziej okrutne i misternie zaplanowane walki gladiatorów, także budzi uznanie.

Wydarzenia następują bardzo szybko, a przez to Igrzyska śmierci od pewnego momentu niesamowicie wciągają. Collins ma talent do fabularnych twistów, niejeden jest w stanie zaskoczyć. Błędem wydaje się jednak wybranie narratora pierwszoosobowego. Od początku wiadomo, że przeżyć może tylko jedna osoba, a sposób opisu świata to jednoznaczna wskazówka. Przez to w Igrzyskach brakuje tej szczypty niepewności, która mogłaby uczynić je jeszcze bardziej emocjonującą lekturą.

Być może winny jest temu target powieści. Igrzyska śmierci są tak czy inaczej bardzo dojrzałą książką jak na młodzieżówkę, co szczególnie mi się w nich spodobało. Bieda, nędza, strach i głód; mordercza walka o przetrwanie; rany i ból. Gdyby dodać jeszcze trochę barwy do tego wszystkiego, Igrzyska byłyby zdecydowanie lekturą dla dorosłych. W tej chwili sprawiają wrażenie trochę ocenzurowanych pod młodszego czytelnika, którego powinny zachwycić, ba, wstrząsnąć nim, jeśli nie jest beznadziejnym przypadkiem socjopaty.

To mistrz swojej kategorii. Na tle ogółu wypada przyzwoicie.