:::: MENU ::::

piątek, 28 listopada 2014

  • piątek, 28 listopada 2014
Zanim jeszcze przejdę do rzeczy, mała dygresja odnośnie dezinformacji na linii klient-sprzedający.

Wyobraźcie sobie taką, ot, banalną sytuację. Spieszy wam się na pociąg, nie macie książki, macie pieniądze. Idziecie do księgarni, żeby kupić COŚ. Do poczytania, nic więcej. W oko wpada wam Takeshi Kossakowskiej. Z nadzieją, że nie jest to początek tryliontomowej sagi czytacie przód, tył, stronę tytułową, pobieżnie kartkujecie, o kurde, pociąg, biegniecie do kasy. Tak, w tym układzie nienawidzicie kupowania serii książkowych, zwłaszcza tych jeszcze nienapisanych.

W pociągu, między końcem powieści a opasłym słowniczkiem pojęć, znajdujecie małe, czerwone literki "KONIEC TOMU PIERWSZEGO".

Noż kurwa mać, ja pierdolę, cholera jasna.

O tym, że coś jest jedynie częścią opowieści, a nie całą, powinno się informować jasno i czytelnie. To jest chyba, psiakrew, oczywiste. Nie dla wszystkich najwyraźniej - informacja o tym, że Takeshi. Cień śmierci to pierwszy tom serii o niesprecyzowanych rozmiarach, nie pojawiła się nigdzie indziej. Nigdy. Pominięto niewygodny szczegół. A znacznie bardziej wolałabym taki prosty komunikat w czasie kampanii reklamowej od zdjęć autorki w kimonie. Ładnych. Ale potrzebnych mi, jako konsumentowi, niczym pięść w oku.

Bardzo dobrze. Tak lubię zaczynać obcowanie z lekturą. Od klątw na wydawcę. Zawsze niezawodną Fabrykę Słów.

Pomyślałam jednak, że może nie będzie źle, bo to w końcu Kossakowska. I zaczęłam czytać, pełna nadziei, nie mogąc się doczekać spotkania z wykreowanym przez autorkę, orientalnym światem.


I muszę przyznać, że ten świat mnie strasznie zawiódł.

W pierwszej chwili mieszanka science fiction z tradycyjnym, japońskim feudalizmem wydała mi się genialna. Szybko jednak iluzja prysła. Kaszlące biomasą wózki są świetne, wydumane nazwy pseudo-bóstw już nie. Kiedy docieramy do wyjaśnienia, dlaczego świat funkcjonuje tak, a nie inaczej - podanego na tacy w formie religijnego tekstu - pozostaje nam ponuro westchnąć. Prostszego i mniej porywającego wyjaśnienia stworzyć się chyba nie dało.

Trzeba przyznać, że wydawca uczciwie określił fabułę. "Kadr wycięty z Kill Billa". A nawet kilka kadrów. Część faktycznie z osławionego filmu, reszta z samurajskiego anime. To wszystko tworzy rozbuchaną papkę, która z sensownym prowadzeniem akcji ma niewiele wspólnego. Za dużo w tym efektów specjalnych rodem z Holyłódu, za mało pachnącego wiśnią oddechu Japonii. Chociaż na początku jest pewna scena, gdy główny bohater podziwia naturę i ona tchnie tym klimatem. Szkoda, że tak szybko utraconym.

Nie wymagam wiele od opowiadanej historii, poza tym, by była intrygująca i miała pewną celowość. Takeshi jest, niestety, przerażająco nudny. Na początek dostajemy trochę rzezi w przejaskrawionym wydaniu. Później rozwlekłe rozterki pseudo-miłosne. Jeden z nielicznych ciekawych wątków rozwiązuje się w połowie. Bodajże jedynym fragmentem, który naprawdę wbił mnie w fotel, był koniec. Mam jednak silne przeczucie, że jego mocna wymowa zostanie w kolejnym tomie wygładzona aż do wymiotów tęczą. Jeżeli tak się stanie, zapewne rzucę tę serię w kąt. Lub do pieca.

Retrospekcje Takeshiego może nie są szczególnie odkrywcze czy fascynujące. Podobnie jest z całą, większą intrygą, która dzieje się niejako w tle. To więcej niż standardowa mieszanka proroctw, wybrańców i nadciągających kataklizmów. Jednak istnienie tych fragmentów ma przynajmniej jakieś uzasadnienie, pozwala nam poznać postaci, skutecznie pcha akcję do przodu. Niestety, to raptem kilka rozdziałów w całej książce. Pozostałe stanowią w znacznej mierze zapychacz.

Dodajmy do tego jeszcze jeden kłopot - kopiowanie własnych pomysłów. Jest pewien wątek, związany z nieszczęściami, które nawiedzają jeden z dwóch krajów, dzielących między siebie świat przedstawiony. Strzelam w ciemno, będę jednak bardzo zdumiona, jeżeli płynący z  niego morał w ostateczności okaże się odmienny od przesłania Rudej sfory.

W kreacji postaci także widać pewną wtórność pomysłu. Takeshi dzieli bowiem bardzo wiele cech z Daimonem Freyem z cyklu anielskiego. Poza tym faktem, postać wykreowana jest naprawdę bardzo dobrze. Przy czym trudno ją uznać za sympatyczną i szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy to zabieg celowy. Autorzy, szczególnie polskiej fantastyki, mają tendencję do otaczania swoich głównym bohaterów rojami głąbów. Efekt czasami jest taki jak w Takeshim - prostota ogółu społeczeństwa wydaje się czytelnikowi zrozumiała. Natomiast bohaterowie wychodzą na zadufanych w sobie, aroganckich buców, dla których wyższość nad zwykłym chłopem jest powodem dumy. Takeshi również jest taki... ale ma w sobie trochę ludzkich odruchów, chyba więcej niż Daimon. Wpisuje się przy tym, pomimo tych wszystkich ciekawych cech, w mit o szlachetnym, któremu honor nakazał zdradę.

Pochwalić należy sposób, w jaki Kossakowska potraktowała postaci kobiece, a to dlatego, że zwykle są one u autorki nieciekawe i płaskie, o ile w ogóle występują. Tutaj mamy jedną naprawdę groźną wariatkę oraz Fumiko i Haru - dwie bohaterki, zestawione na zasadzie kontrastu. Jedna jest wytworną, chłodną, profesjonalną damą. Druga rozpieszczoną, naiwną, próżną dziewczyną. Cicha skromność Wschodu versus hałaśliwy, egocentryczny Zachód. Tradycja i teraźniejszość Japonii. Miłość bolesna oraz głęboka przeciwko płytkiej, opartej o złudzenia. Ilość znaczeń, które niosą ze sobą Fumiko oraz Haru, przerasta całą resztę tej powieści co najmniej o kilka klas.

Jest jeszcze język. A ten bardzo mi się podobał. Krótkie, dynamiczne zdania, niezwykła szczegółowość opisu, umiejętność autorki w tworzeniu zgrabnych epitetów. Drażni trochę powtarzalność przymiotników - szczególnie w kontekście... oczu Takeshiego, które pojawiają się stanowczo za dużo razy, żebyśmy nie zapomnieli o ich "butelkowatym" kolorze. Jest to bez wątpienia zabieg celowy, chociaż niekoniecznie bardzo udany. Pomimo tego mankamentu, zgrabne pióro Kossakowskiej jest chyba jedynym, co pozwoliło mi zmęczyć Cień śmierci od początku do końca.