:::: MENU ::::

niedziela, 28 grudnia 2014

  • niedziela, 28 grudnia 2014

Dałam szansę trylogii Suzanne Collins i zdążyłam już zauważyć, że może nie jest to zupełne marnowanie czasu, ale też nic wiele wnoszącego do życia. Po zapoznaniu się z drugim tomem opowieści o lukrem polanej pannie Katniss, dziwi mnie, że większość osób uważa W pierścieniu ognia za książkę lepszą.

Tom drugi nie tylko nie wnosi nic nowego, co można by uznać za dobre, ale też powiela niektóre błędy swego poprzednika.

Zacznijmy może od tego, co jest w tej powieści najgorsze, czyli od kreacji głównej bohaterki. Autorka wyraźnie stara się pogłębić tę postać, ale to skazane na porażkę. Katniss po prostu została źle napisana. Niby twarda dziewczyna, walcząca o przetrwanie, a pod względem wewnętrznej głębi ciągle wypieszczona nastolatka. Nudna, płaska, niekonsekwentnie prowadzona bohaterka. Należałoby ją skreślić i napisać od nowa. Albo przynajmniej ograniczyć trochę, a nie pozwolić wylewać swoje uczucia o głębi kałuży przez pół książki.

Jednocześnie pojawia się mnóstwo bohaterów pobocznych, dla których zupełnie brakuje miejsca. Z jednej strony szkoda, bo właściwie każdy jest tutaj bardziej godny uwagi niż Katniss. Z drugiej, gdyby pogłębienie czyjegokolwiek charakteru miało się "udać" tak jak przy głównej bohaterce... to naprawdę lepiej, że do niego nie doszło.

Językowo, nie widać zmian w stosunku do pierwszej części. Wciąż jest niezbyt porywająco. Ot, szklanka.

Pogłębiony zostaje obraz świata, w którym coś zaczyna powoli się psuć. Narastające rewolucyjne nastroje to może nic odkrywczego, ale nakreślone zostały dobrze. W pierścieniu ognia to po prostu taka pozycja, gdzie tło wypada znacznie lepiej niż pierwszy plan.

Fabuła natomiast osiąga poziom dna. Nie przesadzam. Tom wydaje się zupełnym zapychaczem między dwiema częściami. Przez jego znaczną część nie dzieje się absolutnie nic, a potem nagle następuje zwrot akcji, prowadzący do... Igrzysk Śmierci. Tak jest. Po mnóstwie przytłaczającej nudy i dziewczęcych rozterek sercowych, serwuje się czytelnikowi powtórkę z pierwszej części.

W pierścieniu ognia to nieprzyjemny spadek jakości w dół w stosunku do Igrzysk Śmierci pod niemal każdym względem. Powieść nie oferuje absolutnie nic, a mimo zakończenia cliffhangerem, raczej zniechęca do czytania kolejnego tomu. Nawet obraz tyranii nie wstrząsa już czytelnikiem, bo osuwa się niebezpiecznie w kierunku schematyczności. Naprawdę, wiele potrzeba, by Kosogłos nadrobił wady poprzednika. I mocno wątpię, czy mu się to uda.