:::: MENU ::::

czwartek, 25 grudnia 2014

  • czwartek, 25 grudnia 2014

Muzyka sfer niebieskich to raczej dziwna książka, w negatywnym sensie. Niby porusza fascynujący temat. Opis na okładce pokazuje ją jako mariaż nauki i religii chrześcijańskiej, czyli rzeczy, które sporo ludzi uważa za pasujące do siebie niczym pięść do oka. Zaliczam się do tego grona, teoretycznie więc Muzyka sfer niebieskich powinna zagrać na moich czułych strunach. Z tym, że zostawiła mnie zupełnie obojętną, ze wspomnieniem lektury niezbyt przyjemnej i nieznaczącej.

To bardzo cienki zbiorek i można by uznać, że autor wybrał najlepsze teksty z najlepszych. Nic z tego, na osiem opowiadań tylko trzy mają ciekawe pomysły, a jedno uznać można za dobre. Język jest. I tyle. Nie razi, ale też nie fascynuje, trudno stwierdzić, żeby mi się spodobał. Zarówno on, jak i bardzo słaba konstrukcja bohaterów, stanowią tylko nośnik konceptów. Problem w tym, że idee autora nie są nawet w połowie tak intrygujące, by to mogło wystarczyć.

Zacznę może od Fideiny, najlepszego tekstu w Muzyce sfer niebieskich. Mamy tutaj krwistą postać głównego bohatera, chociaż reszta towarzystwa zlewa się w jedną całość. Idea jest ciekawa, lecz mogłaby zostać lepiej rozwinięta. To opowiadanie chyba najbardziej "akcyjne" ze wszystkich, ale zupełnie brakuje tła. Polityczne intrygi kiepsko sprawdzają się, zawieszone w próżni. Złowrogie armie, dążące do zdobycia nowej broni, to haczyk, na który nie złapie się nikt starszy niż gimnazjalista. Zawodzi także przesłanie, raczej naiwny apel, że zabawa w Boga może skończyć się źle. Wszyscy przyswoili już to sobie, czytając Frankensteina.

Ciekawa mogłaby być także Noosfera, oparta na niezłym i intrygującym pomyśle. Tyle że Solecki nie podejmuje z czytelnikiem żadnego dyskursu wokół niego. Opowiada jedynie moralizatorską bajkę z nijakimi bohaterami, którymi nikt się nie przejmuje. Pozbawiona oprawy, możliwa do obrony w innych warunkach idea staje się zwyczajnie śmieszna.

Zielona misja to typowy przykład spalonego żartu. Domyśliłam się pointy, zanim autor zdążył mi ją przedstawić. Szkoda, bo mógłby to być najmocniejszy, chociaż raczej humorystyczny punkt zbioru. Chyba jako jedyny tekst nie rzuca nam w twarz rzekomo objawionych odpowiedzi, ale pozwala na chwilę namysłu.

Reszta opowiadań niespecjalnie jest godna uwagi. Czas utracony to zakręcony, oparty na fizyce pomysł. Kolejka czyni jakieś kroki w celu zarysowania świata, ale wynudziła mnie nieziemsko i ponownie, pointa nie jest kompletnie odkrywcza. Sprawia raczej wrażenie, jakby autor usilnie próbował napisać "mocne zakończenie". Arka Noego i Anihilacja wszechświata to opowiadania do przeczytania i zapomnienia. Muzyka sfer niebieskich jest trochę lepsza, ale wzbudza raczej politowanie, znowu tym samym, co większość tekstów. Moralizatorstwem.

Muzyka sfer niebieskich miała być zbiorem z przesłaniem. Rzekomo takim, które pokazuje korelacje między religią i nauką. W praktyce udowodniła tylko, że za cholerę nie idą one w parze, a autor opowiada się bardzo wyraźnie po stronie religii. Brakuje tutaj dyskursu, za dużo jest natomiast negacji nowoczesnej nauki. Miało być pięknie, wyszedł kolejny dodatek do Gościa Niedzielnego, taki dla nastoletnich nerdów.