:::: MENU ::::

czwartek, 4 grudnia 2014

  • czwartek, 4 grudnia 2014

Autorom zdarzają się wpadki, mniejsze i większe. Czytelnicy tego bloga mieli już okazję przekonać się, że moim zdaniem Poul Anderson może pisać zarówno przeciętnie, jak i bardzo dobrze. Jak się okazuje, potrafi także tworzyć rzeczy naprawdę złe.

Tancerka z Atlantydy jest powieścią bez wątpienia kiepską. Fabuła nie porywa w najmniejszym nawet stopniu. Gdybym miała ją opisać jednym słowem, byłby to chaos. Zaczyna się ciekawie, od przeniesienia grupy ludzi z różnych epok w czasie. Dalszy ciąg to jednak mieszanina rozwiązań deus ex machina, skrótów, dłużyzn (tak, obie rzeczy się tam zmieściły) i kiepskiego romansu.

Możliwe, że książka wpadła mi w ręce w złym momencie. W końcu przedtem przeczytałam dwie powieści Andersona, wykorzystujące motyw podróży w czasie i przestrzeni. Tutaj jednak wpleciono go kompletnie bez polotu. Początek jest intrygujący, zapowiada że dowiemy się bardzo wiele o rozmaitych epokach - Anderson znał wszak historię i potrafi o niej pisać. Szybko jednak na pierwszy plan wysuwa się nudnawa akcja. Autor poświęca kulturowym różnicom, które muszą wystąpić w tak pstrokatej zbieraninie, zaledwie momencik. Niezbędny na rozwiązanie kłopotów przez deus ex machina.

Postaci mają potencjał na wzbudzenie w czytelniku sympatii, ale nic więcej. Poznajemy dobrze głównego bohatera, który jest rozpaczliwie pasywny, podobnie jak ten ze Stanie się czas. Oraz jego ukochaną z przeszłości, ale ta kreacja nie porywa. Hun i Rus, którzy stanowią ich towarzyszy niedoli, zostają zaledwie zarysowani. Mocno i wyraziście, to na plus. Mieszkańcy ziem, gdzie trafiają nieszczęśni wędrowcy w czasie, zlewają się w jedną całość.

Nawet po noszącej znamiona gniota Tancerce czuć dobre pióro Andersona. Szkoda, że jego styl jest raczej mało wyrazisty, niemniej miłośnicy nieskomplikowanej narracji będą zachwyceni. O ile nie zanudzi ich fabuła.

Powieść niesie też ze sobą pewne przesłanie, które z pewnością nie należy do odkrywczych, w interesujący sposób nawiązuje jednak do starożytnych dramatów. To ostrzeżenie o nieuchronności fatum, o tym, że losu nie sposób odmienić. Wydaje się to trafne, bo właśnie do starożytnej Grecji przenoszą się bohaterowie powieści. Z drugiej strony, oczywistość wrzucona w oczywiste dekoracje, nie jest w stanie uratować marnej książki.