:::: MENU ::::

poniedziałek, 19 stycznia 2015

  • poniedziałek, 19 stycznia 2015

Zjawisko


Ostatnio jestem świadkiem tajemniczego wysypu debiutów wokół siebie. A to na platformach ebookowych (nie podam Wam jednak tytułu, bo nawet go nie wygooglujecie), a to takich w wydawnictwach ze współfinansowaniem. Doszło już do tego, że część z nich ma reklamę, choćby w postaci mdłych wywiadów na serwisach książkowych. Tak się składa, że przesiaduję również na Weryfikatorium, gdzie temat debiutu wypływa regularnie, jako że jest on marzeniem sporej części użytkowników.

Dominującym trendem wśród początkujących są wydawnictwa ze współfinansowaniem.

Zaznaczę może, że to jest notka pisana z punktu widzenia autora również mocno początkującego - lista moich publikacji jest na blogu, pierwszą powieść mielą dopiero tryby procesu wydawniczego. Ale jednocześnie piszę już od ośmiu lat i od ośmiu lat usilnie staram się wejść na rynek, ze szczególnym wskazaniem fantastycznego. (Jeżeli odejmiecie stosowną liczbę od mojej daty urodzenia, którą da się dość łatwo znaleźć w internecie, nabierzecie zapewne współczucia dla osób, które dostały na swoją skrzynkę mailową moje pierwsze "dzieła", wraz z uprzejmym listem, że liczę na nawiązanie współpracy.)

Oczywiście, nie ma możliwości, żebym na tak długiej drodze w magicznym sposób ominęła współfinansowanie. Miałam lat naście (konkretnie czternaście, o ile pamiętam), kiedy wreszcie trafiłam na ofertę tego typu. Odpowiedź wydawnictwa na propozycję była pozytywna (zawsze jest), koszt nie był problemem, bo miałam możliwość pożyczenia tych pieniędzy od rodziców. Ba, może nawet sfinansowaliby mi to marzenie? Nie dowiedziałam się nigdy, bo starannie przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że taka oferta - oferta, w której sam dbasz o okładkę, sprzedaż, reklamę i jeszcze za to płacisz - musi być bullshitem. Czy żałuję takiej decyzji? Nie. Niemniej jest masa ludzi, nawet starszych, nawet dorosłych, którzy dają się na ów bullshit, wzbudzający nawet w czternastoletnim dzieciaku wątpliwości, nabrać. Powody ku temu są różne, ale mają jeden punkt wspólny - kłamstwa.



Kłamstwa i pułapki


Pierwszym kłamstwem, które znajdziemy na stronie prawie każdego wydawnictwa ze współfinansowaniem, jest wariant stwierdzenia, że debiut w zwyczajny sposób jest właściwie niemożliwy. Zdecydowanie nie jest on prosty, zwłaszcza jeżeli mówimy o książkach spoza "głównego nurtu". Ale ogromna część książek wydawanych ze współfinansowaniem to... kryminały, romanse, fantastyka - a takie rzeczy się sprzedają! Wydawnictwa ich szukają, bo to stosunkowo najmniej ryzykowna propozycja.

Drugie kłamstwo jest już w samej nazwie tej metody, to znaczy w sformułowaniu "wydawnictwo ze współfinansowaniem". Tak naprawdę bowiem żadne to współfinansowanie. Rasowi self-publisherzy (którzy zajmują się wydawaniem i dystrybucją swoich książek bez pośredników) mogą potwierdzić i każdy początkujący autor, rozważający Poligraf i podobne cuda, powinien zwrócić się z pytaniem o stosowną kwotę do takowego choćby za pośrednictwem Facebooka czy maila. W wydawnictwie ze współfinansowaniem suma, którą "dokłada" autor, w istocie często jest znacznie wyższa od faktycznej ceny przygotowania książki, jej druku i dystrybucji! Dlaczego? Ponieważ wydawnictwa ze współfinansowaniem wcale nie zarabiają na sprzedaży swoich książek. Jakby mogły, obiecując debiutującemu autorowi często 80% zysku, podczas gdy zwykła stawka oscyluje wkoło 10% (ze znacznymi przesunięciami, zależnie od dorobku i umowy)? W istocie, autor finansuje:
- koszt wydania (czy raczej - wydrukowania) książki;
- zarobek wydawnictwa.
To pieniądze od autorów, a nie czytelników, utrzymują wydawnictwa ze współfinansowaniem. Te zaś, siłą rzeczy, dążą do maksymalizacji zysków, oszczędzając na korekcie, redakcji, grafikach i reklamie. Nie przeszkadza im to obiecywać tego wszystkiego i w większości zapewniają przygotowanie książki, ale jego jakość jest właściwie zawsze tragiczna. Korekta w Wordzie, brak faktycznej redakcji (której wiele początkujących autorów od korekty zwyczajnie nie rozróżnia), szkaradne okładki ze zdjęć stockowych. Żyjemy już w czasach, gdy książki ze współfinansowaniem są dostępne w Empiku, więc autor niekoniecznie musi opychać je samodzielnie, ale sprzedaż takich pozycji nie zachwyca. Powodów też jest kilka:
- ogrom czytelników jest zniechęcony do tej formy self-publishingu i tak wydane książki z miejsca oceniane są jako złe;
- rzetelni recenzenci (nie Typowe Blogereczki) w większości przypadków oceniają takie powieści źle z powodu dominującej trend kiepskiej jakości tak wydania, jak i tekstu;
- minimalizacja kosztów oznacza w wielu przypadkach minimalizację reklamy;
- brzydka oprawa graficzna odstrasza.
Jednym słowem, "wydawanie ze współfinansowaniem" to przede wszystkim topienie pieniędzy.

Wreszcie, jest też trzecie kłamstwo, to które wmawiają autorzy sami i sobie, i które wmawia im otoczenie - kłamstwo odnośnie jakości stworzonej powieści. Czy czternastoletnia osoba może napisać tekst wart wydania? Pewnie może, ale żaden stosowny przykład nie przychodzi mi do głowy. Pisanie wymaga wyrobienia i przynajmniej miernego oczytania, dobrze wykształconej zdolności obserwacji oraz kapki talentu. To są rzeczy nieosiągalne dla przeciętnego czternastolatka. Ale nawet i dorośli, w przeważającej większości, nie są dobrymi pisarzami - bo nikt się takim nie rodzi. Częstokroć jednak nabierają takiego przekonania, dodatkowo ich ego łechcze opinia bliskich, którzy nie są zwykle obiektywni i - co ważniejsze - mogą nie znać się na literaturze. Dla zadufanego w siebie człowieka, kolejne odmowy od wydawnictw są bardzo bolesne. Gdy nie pozostaje już żadne, gotowe zainwestować w jego książkę, wybiera współfinansowanie. Brakuje w tym refleksji i skromności. Bo może, skoro nikt nie chce wydać naszej twórczości, po prostu nie jest ona tego warta? Jeżeli pisanie tekstu sprawiło nam przyjemność, to dobrze, ale musimy zdać sobie sprawę, że książka jest w pewnym sensie daleka od opowiadania historii. Gdy ma trafić na półki księgarń, nie jest już naszą opowieścią - często intensywnie modyfikuje ją redakcja, wydawca nadaje jej bardziej komercyjny charakter. Pisząc, snujemy opowieść; wydawanie jej to powtarzanie tej opowieści przez innych, właściwie nigdy nie w pierwotnej formie. Niektórych historii inni nie chcą powtarzać, trzeba się z tym zwyczajnie pogodzić i czerpać radość z samego aktu tworzenia.



Przepis na sukces


Uniwersalnego przepisu na odniesienie sukcesu literackiego tak naprawdę nie ma, możemy tylko trochę pomóc losowi, poprawić własny warsztat i liczyć, że nasz pomysł spodoba się czytelnikom. Trzymając się tego prostego planu - co najlepiej zrobić, aby przynajmniej znaleźć wydawcę, który podpisze z nami satysfakcjonującą umowę?

Pisać. To chyba najbardziej oczywiste. Żeby coś osiągnąć, musimy ćwiczyć, a skoro tworzenie sprawia nam przyjemność, dlaczego sobie żałować? Niemniej należy być bardzo ostrożnym, jeżeli chodzi o "porywy chwili" i nagłe napady weny. Pomysł dobrze jest sobie spisać i odczekać kilka dni, żeby sprawdzić, czy naprawdę był tak genialny jak się nam wydawało. Przy tworzeniu zaś, szczególnie dłuższych form, bardzo pomocne jest przynajmniej pobieżne zaplanowanie wydarzeń, by wszystko miało ręce i nogi.

Świadomie czytać. Pod wieloma względami to nawet ważniejsze. Pisanie - wbrew pozorom - nie jest relacją z tego, co nam akurat przyjdzie do głowy. Musimy nauczyć się konstruować fabuły, poznać zabiegi narracyjne, zgromadzić zasób słów, sprawnie prowadzić dialogi i tworzyć opisy. Czytając, bez przerwy pytajmy - co myślę o tej książce? scenie? jakie czuję emocje? A przede wszystkim - co zrobił autor, że je czuję?

Próbować swoich sił. Nie dowiemy się, jakie błędy robimy, jeżeli nie poznamy neutralnej opinii. W internecie jest sporo miejsc, gdzie możemy opublikować tekst i poznać zdanie innych. Na początku najlepiej wybrać coś bez sita redakcyjnego lub z bardzo dużą tolerancją błędów - polecam Weryfikatorium, Portal Literacki Fabrica Librorum czy ewentualnie Extrastory (chociaż tutaj jakość krytyki jest czasem bardzo niska). Później, gdy poczujemy się pewniej, warto dostać się do czasopism internetowych, a z czasem - także papierowych. Oczywiście, wszystko to zakłada tworzenie krótszych form, ale są one znakomitym ćwiczeniem - zdecydowanie lepszym niż tworzenie wielotomowej sagi.

Starannie szlifować teksty. Literówki, powtórzenia, nietrafione sformułowania, błędy interpunkcyjne i ortograficzne. Nie sposób tego wszystkiego uniknąć, gdy piszemy. Do poprawienia tych wrogów jakości niezbędny jest redaktor lub korektor. Nie możemy jednak zwalić na niego całej pracy. Teksty, które wysyłamy w świat, muszą być wypieszczone jak świeżo nawoskowany samochód. Próbujemy je w końcu sprzedać, prawda? Redakcja i korekta nawet w najstaranniej poprawionym tekście znajdzie masę błędów, o to możemy być spokojni. Błędy oczywiste nawet dla nas, książkę w jej oczach zwykle zdyskwalifikują.

Ostrożnie wybierać wydawnictwo. Puszczenie swojej powieści w wydawnictwie-krzaku to prosta droga do nie osiągnięcia sukcesu. Dlatego ostrożnie wybadaj wydawcę, zanim zdecydujesz się na podpisanie umowy. Jeżeli kontakt jest kiepski już przed tym, nigdy nie widziałeś na oczy książek wydawnictwa, a gdy już je zobaczyłeś, zareagowałeś odruchem wymiotnym... cóż, zastanów się dobrze, czy nie stać cię na nic więcej. Pamiętaj również, jak ważna jest dystrybucja. W idealnym przypadku, książki wydawcy powinny być dostępne wszędzie, głównie w Matrasie i Empiku. Ze względu na problemy, jakie te sieci stwarzają, także przy rozliczeniach, nie zawsze można na to liczyć (chociaż zawsze dobrze o to powalczyć).