:::: MENU ::::

środa, 4 marca 2015

  • środa, 4 marca 2015
O akcji Polska książka potrzebuje ratunku napisało ostatnio Lubimy Czytać i przez to wróciła ona na języki, budząc - przynajmniej wśród osób, które znam - raczej niechętne reakcje.

Akcja ma na celu zwrócenie uwagi na pomysł jednolitej ceny książki, a w konsekwencji - przeforsowanie ustawy, zapewniającej takową. Przez rok po premierze, nie moglibyśmy kupować danej pozycji taniej niż po cenie okładkowej. Jaki w tym sens? Ano taki, że skończyłaby się patologiczna sytuacja, w której książki od dnia premiery są objęte promocją. Niemożliwa stałaby się też nierówna walka między księgarniami sieciowymi i niezależnymi, w której te drugie nie mają wielkich szans. Niestety, nie wszystko jest tak różowe, jak zdawać by się mogło na pierwszy rzut oka...

Szczerze mówiąc, zyski dla kogokolwiek są tu wątpliwe.

Oberwą, oczywiście, czytelnicy i nie ma co udawać, że stanie się inaczej. Ceny książek nie spadną, o czym za sekundę. Nawet osoby popierające całą akcję przyznają, choć dyplomatycznie i z większym niż ja wdziękiem, że zupełnie przesrane będą mieć osoby, kupujące w internecie. Jeżeli macie w okolicy małą, słabo zaopatrywaną księgarnię, to raczej nie liczycie na to, że nagle stanie się pełna ambitnej literatury, prawda? Dlatego kupicie w internecie - drożej niż dotąd. I dopłacicie za przesyłkę. W ten sposób obrywają między innymi czytelnicy, którzy bardzo dobrze wiedzą, czego szukają i niekoniecznie kierują się aktualnymi przecenami. Jednym słowem  - najbardziej świadoma część czytelniczej braci. W końcu po co ona komu? A twórcy akcji twierdzą twardo, że właśnie o takich odbiorców i o ambitne dzieła im chodzi...

Dobrze, ale dlaczego ceny nie spadną? Ano dlatego, że nie ma powodu, by spadły. Wydawcę tak naprawdę mało obchodzą promocje, którymi księgarnie okładają ich pozycje, bo oni rozliczają się z hurtowniami. Dystrybutor kupuje książki zwykle po około połowie ich okładkowej ceny i z tej właśnie sumy musi wydawcy starczyć na tantiemy oraz własne utrzymanie.

Podobnie fałszywy jest argument, że zyskają na ustawie autorzy - nie wiem, jak poroniona musi być umowa, w której to, czy czytelnik kupił książkę za sto czy siedemdziesiąt pięć procent ceny okładkowej ma jakiekolwiek znaczenie. Autor przecież rozlicza się z wydawcą - na podstawie ceny okładkowej, zbytu, nieważne, ale z wydawcą! Jeżeli naprawdę są umowy, które uzależniają zysk autora od ceny, którą zapłacił czytelnik (imho - łączące sam początek długiego łańcuszka tworzenia i sprzedaży książek z samym jego końcem), to należy ich nie podpisywać, zamiast podawać jako wzór działania rynku.

Wbrew pozorom, nawet małe księgarnie, którym na pierwszy rzut oka ustawa o jednolitej cenie może pomóc, nie są oczywistymi beneficjentami. Niska cena to broń obosieczna - wielkie sieci mogą obniżać ceny, ale nie w nieskończoność. A czytając o tym, jakie  Empik i Matras miewają problemy logistyczne i jak nieefektywnie zarządza się w molochach zasobami, wyjątkowo łatwo to sobie uzmysłowić. Jeżeli cena przestanie być argumentem, zacznie się wojna w inny sposób - choćby poprzez marketing. I o ile w obniżaniu cen maluszki mogą czasami gigantów prześcignąć, w reklamie już im się to nie uda. Nie wspominając o możliwości, że taka ustawa zabije księgarnie internetowe.

Jako argument często podaje się państwa, w których jednolita cena książki przyniosła efekt. Na przykład - Francję. Lub Niemcy. Pomija się jakoś przy tym fakt, że Francja ma naprawdę ogromny rynek (komiksu chociażby), a w Niemczech podejrzanie wiele książek sprzedaje się jako "uszkodzone", bo wtedy cenę można obniżyć... Musimy też uświadomić sobie, że - niestety - w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, o Skandynawii nie wspominając, nasza kultura czytania jest bardzo nędzna. I cios obuchem w łeb, zamiast otrzeźwić, może polską książkę ubić na miejscu.