:::: MENU ::::

sobota, 28 marca 2015

  • sobota, 28 marca 2015
Dzisiaj miał być wpis na inny temat, ale dwudziestego szóstego marca zmarł Tomas Tranströmer, noblista z 2011 roku. Słabo u nas znany, po przyznaniu mu Nobla wydano w Polsce tylko jeden tomik, zawierający jego utwory.

Tranströmer był chyba moim ulubionym poetą, a na pewno moim ulubionym poetą współczesnym. Przyznaję, że na poezji znam się bardzo słabo, chociaż lubię ją czytać. Tym, co urzekało w utworach szwedzkiego twórcy, był niesamowity, niepowtarzalny nastrój zamknięty w prostej formie. Cichy, melancholijny, przesycony zadumą i samotnością jednostki, rozumianą w sensie pozytywnym. Wiersze Tranströmera nie angażują żadnej ideologii, wręcz przeciwnie, są pisane z pozycji wycofanego, ale uważnego obserwatora rzeczywistości. To "zwięzłe, przejrzyste obrazy, które dają nam świeży dostęp do rzeczywistości", żeby zacytować uzasadnienie przyznania autorowi Nobla. Przesyca je duchowość, wypełniają nawiązania muzyczne i niepowtarzalne, celne opisy skandynawskich krajobrazów.

Autor urodził się w roku 1931, mając pięćdziesiąt dziewięć lat przeszedł udar mózgu, w wyniku którego został częściowo sparaliżowany i cierpiał na zaburzenia mowy. Pomimo to dalej tworzył, poświęcając się temu w zupełności i spotykał z miłośnikami swoich dzieł.

Media poinformowały, że zmarł po krótkiej chorobie. Wieść ta przeszła, zdawać by się mogło, bez echa. Cicho, łagodnie, na podobieństwo poezji autora.

To kolejna wybitna postać literackiego świata, która odchodzi w ostatnim czasie.

Słońce znajduje się już nisko.
Nasze cienie są olbrzymami.
Wkrótce wszystko będzie cieniem.