:::: MENU ::::

wtorek, 24 marca 2015

  • wtorek, 24 marca 2015


Jeżeli nie ćpasz to dlatego, że cię nie stać na narkotyki.
Jeżeli jesteś szczęśliwy, to udajesz.
Jeżeli nie jesteś alkoholikiem to dlatego, że się kryjesz, a w rzeczywistości co rano łykasz aspirynę na kaca.
Jeżeli jesteś samotny, to pewnie: a) puszczasz się i usuwasz potajemnie ciąże; b) jesteś niedojrzały emocjonalnie i płacisz studentkom, żeby z tobą spały.
Jeżeli prowadzisz zdrowy tryb życia to na pokaz.
Jeżeli pracujesz za granicą, to masz tam kochankę, z którą pieprzysz się co najmniej raz na tydzień.
Jeżeli jesteś mężczyzną, to generalnie masz kochankę, albo w ogóle pięć, bo zdradzasz, bo myślisz penisem, gdy nie widzisz kobiety tydzień.
Jeżeli jesteś blogerem, to pewnie kłamiesz na blogu dla komciów, żeby sobie poprawić samoocenę.
Jeżeli w ogóle jesteś, to twoja samoocena jest dnem i wszystko robisz tylko na pokaz, żeby ją sobie poprawić.
Jeżeli masz lewicowe poglądy społeczne, to udajesz dla mody, bo przecież każdy heteroseksualista jest z urodzenia homofobem.
Jeżeli masz prawicowe poglądy społeczne, to jesteś ograniczonym polaczkiem i hipokrytą.
Kapitalizm jest zły, bo powoduje wyścig szczurów i dobrobyt jest zły, bo się ludziom w dupach przewraca.
Komunizm jest zły, bo zabija ambicję i bieda jest zła, bo rodzi w ludziach niezaspokojoną chęć nachapania się.

W taki dość zjadliwy sposób można podsumować książkę Nie lubię kotów Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak, przy czym jest to pozycja z zadatkami na rzecz naprawdę świetną. Niestety, została przerysowana to granic przesady, w ostatecznym rozrachunku ocierając się o kiepską groteskę.

Od pierwszych stron widać, że Nie lubię kotów to powieść z ambicjami. Zresztą, ktokolwiek odpowiada za kolejność sześciu splecionych ze sobą opowiadań, zasługuje na pochwałę. Pierwsze z nich, poświęcone niewiernemu mężowi Wojtkowi, jest bardzo dobre. Niestety, z każdym następnym punktem widzenia książkę czyta się gorzej. Po niejednoznacznym początku zaczyna się festiwal okropności. Wszyscy mężczyźni tutaj zdradzają, wszystkie kobiety są ofiarami, każda rodzina jest dysfunkcyjna. Kto nie pije, ten ćpa, nikt nie radzi sobie ze swoim życiem. 

U Zyskowskiej-Ignaciak widać wszechobecną krytykę postawy "mieć zamiast być". Została ona podana jednak mało subtelnie. Specjalnie piszę właśnie w ten sposób, bowiem przy jednoczesnej krytyce, autorce jakoś udało się nie chwalić nastawienia odwrotnego, "być, a nie mieć". Długiemu ciągowi okropności, życiowych zawodów i odchyleń nie przeciwstawia się w Nie lubię kotów absolutnie nic. Początkowo może to szokować i skłaniać do refleksji, ale bardzo szybko staje się zwyczajnie nużące.

Interesująca pozostaje konstrukcja, Trudno uznać Nie lubię kotów za pełnoprawną powieść. To raczej zbiór opowiadań o otwartych zakończeniach, wycinki większej historii grupy znajomych. Taki zabieg wpływa trochę na obniżenie czytelniczej satysfakcji, ale może to być również wina pointy. Zaryzykuję stwierdzenie, że książka wypadłaby lepiej, gdyby Zyskowska-Ignaciak ją sobie odpuściła. Podsumowaniem całości jest bowiem długa, kaznodziejska w tonie tyrada jednej z bohaterek, w której informuje nas ona jak okropne są wszystkie postacie. Zupełnie jakby czytelnik mógł to przegapić.

Bohaterów darzy się przede wszystkim antypatią, trudno oprzeć się wrażeniu, że nawet autorka nimi gardzi. Nie ma w tym oczywiście nic złego, z pewnością świadczy to o umiejętnej kreacji postaci, ale - podobnie jak w przypadku fabuły - szybko staje się schematyczne. Właściwie każda pozytywna cecha, jaką przejawiają pokazani przez Zyskowską-Ignaciak trzydziestolatkowie, wynika z konformizmu, chęci dobrego zaprezentowania się. Przed rodziną, pracodawcami, resztą społeczeństwa. W efekcie zamiast realistycznych, dorosłych ludzi, widzimy w Nie lubię kotów grupę zakompleksionych nieudaczników. Pozytywnie na tym tle wybija się Wojtek, który przynajmniej ma swoje cele, a nie tylko weltschmerz. W ten sposób dochodzi do paradoksalnej sytuacji, gdy cierpiący najmniej i najbardziej winny mężczyzna, wzbudza w czytelniku najcieplejsze uczucia.

Całość ratuje język autorki, która ma niesamowity styl. Narracja jest emocjonalna, bardzo plastyczna, pomimo prostych sformułowań. Niekiedy widać spadek formy, szczególnie w dwóch ostatnich opowiadaniach, gdy natężenie krótkich, rwanych zdań zaczyna męczyć. Generalnie jednak warsztatowi nic nie można zarzucić.

Zyskowska-Ignaciak miała nie tylko świetny materiał na powieść, ale również umiejętności, by stworzyć książkę naprawdę znakomitą. Zamiast wnikliwej analizy społecznej, dostaliśmy jednak przejaskrawiony obrazek ludzi, wplątanych w "wyścig szczurów". Szkoda, bo gdyby autorka zamiast przytłaczać beznadzieją spróbowała zrozumieć bohaterów, Nie lubię kotów mogłoby zachwycać.