:::: MENU ::::

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

  • poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Zaczęło się dobrze. To znaczy wykupione w pociągu miejsca okazały się zajęte i czterech cokolwiek śniętych gości powiedziało, że spoko, pójdą sobie. Szybko ustaliliśmy, że w sumie wystarczy, jeśli się przesuną - i tak wylądowałyśmy w przedziale z nimi i blond metalem pod oknem.

Potem jest już chaos, urywki, trochę kaca, trochę śmiechu, trochę nienawiści do sleeproomowych szatanów.

Najlepszy Obcy ever.

Pociąg łykał kolejne kilometry, znajomość się kręciła. Okazało się, że Śnięci jadą na Pyrkon, a metal do Wrocławia, ale ma już urlop na Woodstock. Czterech gości szykowało się do prezentacji gry o oraniu socjalizmu, gdy wpadł do przedziału jakiś tetryk, awanturując się o swoje miejsce, zresztą wolne. Okazało się, że siedzimy w złym wagonie, ale nikt się nie ruszył. I dobrze, bo w końcu naszych miejsc żaden desperat nie chciał. Poza tetrykiem, znaczy. W międzyczasie próby czytania, pogawędki, zdjęcia oczu i inne takie.

Na miejscu - tradycyjne "follow the crowd". Pięć minut później - ha, jest wejście, jest pięć minut od dworca, jest... zamknięte. Do tego prawdziwego był z kwadrans. Na miejscu kolejka aż poza budynek i druga, mniejsza, do... akredytacji na miejscu. Lenistwo znowu górą, nawet nie pięć minut stania dla kogoś, komu zwyczajnie nie chciało się kupować biletu.

Pogoda dopisała.

Na sleep roomie zdobyłyśmy kawałek podłogi i poszłyśmy zwiedzać. Pogoda była piękna, teren naprawdę wielki, hala wystawców pełna rzeczy fajnych i niesamowicie fajnych. Gdzieniegdzie dało się kupić całkiem dobre piwo. Ostatecznie jednak to właśnie duchota hali wystawców mnie zabiła, ale może nie powinno się jeździć w długie podróże z zaczątkami migreny. Na szczęście w późniejszych dniach problem braku powietrza rozwiązano.

W międzyczasie w wyniku nieoczekiwanych spotkań paczka się powiększyła i wieczór upłynął pod znakiem szukania imprezy. Najpierw zabłądziliśmy, później dotarliśmy na miejsce, by stwierdzić, że jest słabo, a wreszcie na terenie konwentu pojawił się gość z megafonem. Obiecywał wódkę w jednym z pawilonów, więc poszliśmy. Reszta jest historią.

W sobotę na tym placu był już tylko tłum.

Byłam na całych dwóch prelekcjach - spotkaniu z NF, które podobało mi się, zarówno dlatego, że trio prowadzących zawsze mówi interesujące rzeczy. Jak i z powodu inteligentnych pytań, które padły. Oraz ze względu na wygodne krzesła, ładny czerwony dywan i klimatyzację. Druga prelekcja była strasznie nudna, niech spowije ją mgła zapomnienia.

W tle przewijał się barwny tłum. Cosplayerzy, większość na naprawdę wysokim poziomie, co dodatkowo potwierdził konkurs. Chociaż stojąc za takim przebierańcem w kolejce do umywalki można się pochlastać. Poza tym masa gier, świetne wystawy i przypadkowe spotkania w tłumie. Sytuacje, w których wychodziłam na derpa - czy raczej wychodził ze mnie derp - no bo jak często pytacie kogoś o człowieka, którym ten ktoś się okazuje. I w dodatku was zna. Czasem też na derpów wychodzili inni - jak mój bardzo odległy znajomy, który spał z dziewczyną na jakimś korytarzu, bo nie podobało mu się w sleeproomie.

Krewny Smauga pilnujący jajca.

Sleeproom to zresztą temat zupełnie odrębny i inna przygoda, bo z materaca zaczęło uchodzić powietrze. I o ile pierwszy dzień dało się przeżyć, drugiego po godzinie leżało się już na betonie (czy czym tam była podłoga, jej dusza z pewnością należała do betonu). Beton - jak to beton - był twardy, a między siódmą i dziesiątą rano także morderczo zimny. W dodatku człowiek, który za dnia dawał dobre rady i cukierki, okazał się szatanem. W trosce o nasze zdrowie budził nas co godzinę i przypominał, że nie mamy w powietrzu materaca i że w męskiej toalecie jest toster.

W pociągu powrotnym zabrakło dla nas miejsc. Z kolejki do kasy odesłano nas do biletomatu, który odesłał nas do kas, skąd odesłano nas do obsługi klienta. Gdzie powiedziano nam, że na pociąg już nie zdążymy. Zjedliśmy niezdrowy obiad, czekając na kolejny. Zresztą, może i był zdrowy w porównaniu z dotychczasową dietą kurczakowo-alkoholową.

Nabytki.

Później już tylko szukaliśmy powietrza, uciekając z przedziału na korytarze, co skłoniło obsługę do przypominania nam co stację, że przecież mogliśmy zarezerwować bilety na miejsca siedzące. W cenie biletu nie było najwyraźniej tlenu. A miejscówek, zajętych przez nas bezprawnie, nikt nie chciał.