:::: MENU ::::

wtorek, 7 kwietnia 2015

  • wtorek, 7 kwietnia 2015

Igrzyska śmierci to seria, która niespecjalnie mnie uwiodła. Po niezłym pierwszym tomie, W pierścieniu ognia bardzo zniechęcało do lektury trylogii. Minęło sporo czasu nim zdecydowałam się wreszcie sięgnąć po Kosogłosa i - o dziwo - nie żałuję.

Największą wadą poprzednich części była słaba konstrukcja głównej bohaterki, która w połączeniu z narracją pierwszoosobową i banalnym językiem, czyniła lekturę nieznośną. W Kosogłosie ten błąd został poprawiony. Katniss nareszcie daje się lubić i jest prowadzona konsekwentnie. Zmieniła się w to, czym powinna być od początku trylogii - twardą dziewczynę, świadomą swoich wad i zalet.

Szkoda, że cała reszta postaci stanowi dla poczynań głównej bohaterki przede wszystkim tło. Owszem, są takie, które można polubić, a czytelnika z pewnością zaboli utrata niektórych. Kosogłos jest bowiem bardzo krwawy. Collins przestała oszczędzać postaci. Nigdy nie żałowała im bólu i ran, teraz targnęła się także na życia oraz, co najważniejsze - emocje. Z sukcesem.

Na szczególną uwagę zasługuje dobór antagonistów. Katniss walczy z prezydentem Snowem i to on jest jej głównym wrogiem. Szybko okazuje się, że w świecie wojny i polityki nie ma czerni ani bieli. Tutaj każdy gra tylko dla siebie. I dla każdej ze stron bohaterski Kosogłos jest tylko pionkiem, którym można się posłużyć, by osiągnąć jak największe korzyści.

Fabuła, do tej pory dość prosta i oparta głównie na próbach przetrwania kolejnych kryzysowych sytuacji, nareszcie nabiera rozmachu. Jest też lepiej rozplanowana. Pierwsza część to rozbudowane wprowadzenie do świata tajemniczej dotąd Trzynastki. Collins wyeksponowała tu nową, ulepszoną psychologię bohaterów. Z każdym rozdziałem akcja zwiększa tempo. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że gdy autorka powiedziała już Kosogłosem to, co chciała, nagle bardzo zaczęło jej się spieszyć do zakończenia. Znalazła chwilę, by pokazać traumę ocalałych z wojny bohaterów, ale zrobiła to bardzo skrótowo.

Rozczarował mnie również wątek romantyczny. Po prawdzie, nigdy nie był mocną stroną Igrzysk śmierci, ale w Kosogłosie nabrał trochę rumieńców. Wszystko wskazywało na to, że Katniss będzie musiała stanąć przed ostatecznym wyborem. W dodatku w sytuacji, gdy ani ona, ani jej potencjalni partnerzy nie są już tymi samymi ludźmi, co na początku Igrzysk. To pasowałoby do staranniej poprowadzonej Katniss, ale autorka do samego końca zostawiła ją rozdartą. Za wszystkich zdecydował Gale, jednym nie całkiem dobrze umotywowanym czynem.

Natomiast samo zakończenie wojny i kulminacja pojedynku między Katniss a Snowem mnie zachwyciła. Oraz zaskoczyła, czego nie spodziewałam się po Kosogłosie już zupełnie. To eksplozja znakomitych zagrań i fabularnych twistów. Collins, zamiast rozwiązać sprawy prosto, dała czytelnikowi działaniami swojej bohaterki do myślenia. Skonfrontowana z okropnościami wojny Katniss spogląda na nie refleksyjnie, zdaje sobie sprawę, że jedynym wyjściem z błędnego koła zbrodni jest zaprzestanie mordów i społecznych podziałów. Żadnej czerni i bieli, tylko szarości.

Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie styl autorki. Okazuje się, że kiedy jest prosty i przezroczysty, nie ma jeszcze tragedii. Prawdziwe kłopoty zaczynają się, kiedy Collins próbuje narrację ożywić opisami. Możliwe, że to wina tłumaczenia, ale niektóre zdania w Kosogłosie wręcz wywołują uśmiech zażenowania.

Rzadko zdarza się, żeby przypadła mi do gustu książka, której nie uważam za dobrze napisaną, ale Kosogłosowi ta sztuka się udała. Naprawdę szkoda, że reszta trylogii nie stoi na podobnym poziomie. Mimo wszystko cieszy przynoszące tak znaczącą poprawę zakończenie.