:::: MENU ::::

niedziela, 19 kwietnia 2015

  • niedziela, 19 kwietnia 2015
Żeby być bardziej konkretnym: ja milczałam. Na tym blogu. Do dzisiaj. Przyczyny takiego stanu rzeczy są różne. Przede wszystkim, szybciej zaczęłam czytać niż pisać o tym, co przeczytałam. W początkowym okresie istnienia mój blog nie miał konkretnego profilu. Wiele pozycji, które mnie zachwyciły w życiu, nie doczekało się wobec tego notki. Co niniejszym nadrabiam.

Accelerando - Charles Stross
Książka, dzięki której mój wzrok zwrócił się w kierunku science fiction. Podchodziłam do niej kilkakrotnie, zanim w ogóle zdołałam ją przeczytać. Odbijałam się od ściany specyficznej, trudnej narracji i kompleksowej wizji przyszłości, którą przedstawił autor. Ale kiedy w końcu zaczęłam Accelerando rozumieć i wciągnęłam się w świat... o matko. Ta książka zmieniła moje spojrzenie na transhumanizm. Może uczynić zarówno jego przeciwnikiem, jak i wielkim entuzjastą. Raczej ciężko przejść obojętnie obok wykreowanej przez Strossa wizji świata, w którym informacja ma wagę większą niż cokolwiek, a pieniądz właściwie przestał się liczyć. Dodajmy do tego walory literackie i mamy arcydzieło.


Dzieci Húrina - John R. R. Tolkien
Dość specyficzna pozycja, ponieważ zredagowana już przez syna Tolkiena i w zasadzie będąc powtórzeniem historii znanych z Silmarillionu i Niedokończonych opowieści. Teoretycznie taki retelling nie powinien wnosić nic dobrego, ale pełna wersja opowieści o Túrinie Turambarze prezentuje się zaskakująco dobrze. Są tu wielkie emocje, jest historia walki ze złem, a także obraz człowieka, którego powoli, ale nieuchronnie, dogania fatum. Dzieci Húrina to pełnowymiarowa tragedia w świecie Śródziemia. W dodatku - jeżeli potrzeba jeszcze dodatkowej rekomendacji - występuje w powieści smok i to sam Glaurung. Gra on niemałą rolę, jako bydlę wyjątkowo potężne wpływając na los Turambura.


Mistrz zagadek (cykl) - Patricia A. McKillip
Jedna z najbardziej niesamowitych pozycji, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Napisana bardzo charakterystycznym stylem. Oryginalny świat. Interesujący bohaterowie. Nieprawdopodobnie silne emocje, które odczuwałam przy lekturze. I przede wszystkim sposób snucia opowieści, który sprawia, że czytelnik rozumie wszystko dopiero po dobrnięciu do końca. Nie przypominam sobie żadnej innej pozycji, którą czytałabym tak łapczywie, raz za razem, z równie wielkim zachwytem. Mistrz zagadek zadaje kłam tym, którzy uważają, że klasyczne fantasy nie może być dobrą lekturą. Muszę też powiedzieć, że po tych książkach gra na harfie na zawsze zmieniła w moich uszach brzmienie, nieodparcie kojarząc się z opowieścią McKillip.

Pieśń Lodu i Ognia (cykl) - George R. R. Martin
Chociaż w przypadku wielkiego dzieła Martina im dalej w las, tym mniej ciekawie się robi, pierwsze tomy Pieśni Lodu i Ognia mnie zachwyciły. Nie byłam aż tak zszokowana sposobem, w jaki autor traktuje bohaterów - miałam za sobą lekturę Kresa - ale spodobała mi się jego konsekwencja w kreacji świata. Bardzo rozbudowanego, ze śladowymi ilościami magii i ogromem wielkiej polityki. Takiego, w którym jeżeli ktoś nie uważa i prosi się o śmierć, to ją dostaje. W dalszych tomach co prawda kolejne zgony noszą już ślady działania Imperatywu Odautorskiego, ale na początku tak nie jest. Wciąż, pomimo że autor zdaje się coraz bardziej zaciemniać obraz i łamać własne zasady, Pieśń Lodu i Ognia pozostaje niesamowicie wciągająca.

Księga Całości (cykl) - Feliks W. Kres
Moim zdaniem jedna z najbardziej niedocenianych polskich serii fantastycznych. Kres wykreował niesamowity świat, barwny i zdemoralizowany aż do granic absurdu, taki o którym chce się czytać, ale za nic nie chce się w nim żyć. W porównaniu z naszym autorem, Martin swoich bohaterów traktuje miło i czule. Fabuły kolejnych tomów Ksiąg Całości, stanowiące w zasadzie oddzielne opowieści, wciągają jak ruchome piaski. W dodatku niewiele rzeczy wspominam równie dobrze jak dialogi z książek Kresa, inteligentne, sensowne, częstokroć wyśmiewające teatralną konwencję, jaką stosują niektórzy autorzy. Ale prawdziwego smaku nadaje Księdze Całości cyniczne spojrzenia autora, zarówno na naszą rzeczywistość,  jak i na tę stworzoną na potrzeby książek.

Gwiezdny pył  - Neil Gaiman
Kolejna na liście fantasy, znowu w baśniowej konwencji i naprawdę niegłupia. Gwiezdny pył, poza niezłą adaptacją filmową, może pochwalić się niesamowitym, magicznym światem, godnymi uwagi bohaterami oraz pełną zwrotów akcji, krwi i przygód fabułą. Chociaż dość spokojna i bajkowa, jest to opowieść o walce - w imię miłości, ułudnej i prawdziwej, o wieczne życie, wreszcie o władzę. Dodatkowo całość ma bardzo gaimanowskie zakończenie, słodko-gorzkie. Dla fanów autora, Gwiezdny pył to prawdziwa gratka. Jest zarazem nietypowy i nasycony charakterystycznymi dla twórczości Gaimana elementami. Niby krótka książka, ale niosąca ogromne bogactwo znaczeń.


Hobbit, czyli tam i z powrotem - John R. R. Tolkien
Muszę przyznać, że znane mi osoby, które cenią Hobbita ponad Władcę Pierścieni mogę zliczyć na palcach jednej ręki. A tak się składa, że zaliczam do nich także siebie. Opowieść o przygodach Bilbo, chociaż stworzona z myślą o dzieciach i z tego powodu odrobinę wyprana z poważniejszych treści, urzeka humorem, wartką akcją i barwnymi postaciami. To świetne wprowadzenie do świata Śródziemia i ogromnie żałuję, że Władca Pierścieni w znacznej części dzieje się w innych jego regionach niż Hobbit (chociaż rozumiem oczywiste przyczyny takiego stanu rzeczy). Jednocześnie, zakończenie wcześniejszego z dzieł autora przynosi już powiew typowej dla Tolkiena epickości. Tragiczna historia Thorina Dębowej Tarczy, jego wygnania, szaleństwa i śmierci to również majstersztyk.

Świat Dysku (cykl) - Terry Pratchett
Świat Dysku to rozbudowany cykl, z mnóstwem podserii, więc mówienie o nim, że jest najlepszy jako całość to stawianie tezy raczej ryzykownej. Fakt faktem, że Świat ma swoje wzloty i upadki, ale też kilka prawdziwych pereł. Cenię te książki przede wszystkim za niesamowity humor i po prostu sympatyczne, a przy tym nietuzinkowe kreacje bohaterów. Świat Dysku, poza humoreską, jest jednak przede wszystkim przytomnym, zabawnym i mądrym spojrzeniem na naszą rzeczywistość. Niekiedy pozwala ryknąć nieposkromionym śmiechem (Kolor magii), innym razem naprawdę wzrusza i skłania do namysłu (Kosiarz).


Kroniki marsjańskie - Ray Bradbury
Klasyk, który znakomicie pokazuje, do czego jest zdolne dobrze napisane, przemyślane i mądre science fiction. Kroniki marsjańskie to w gruncie rzeczy studium ludzkiej natury, a konkretniej - jej mrocznej strony. Ludzie są tutaj pokazani jako destrukcyjna, bezmyślna siła, która pojawia się, rujnuje wszystko, po czym odchodzi, pozostawiając po sobie zgliszcza. Można doszukać się w książce rozmaitych interpretacji. Od paraleli do tego, co wielokrotnie robili koloniści pierwotnym mieszkańcom różnych ziem po naprawdę pesymistyczną przepowiednię, dotyczącą przyszłości rodzaju ludzkiego. Twórczość Bradbury'ego ma po dziś dzień mocną pozycję w kanonie i prawdopodobnie tak już zostanie, a po Kronikach wyraźnie widać, dlaczego.

Trylogia Nomów (cykl) - Terry Pratchett
Kolejna satyra na rzeczywistość pióra autora, czytelniejsza, bo pisana z punktu widzenia niewielkich istot, żyjących w ludzkim świecie. To także opowieść o szukaniu sobie miejsca, odkrywaniu własnych korzeni i podążaniu za głosem serca. Jak większość twórczości autora, przede wszystkim zabawna. Na kartach Trylogii przewija się masa barwnych, charakterystycznych postaci, których nie sposób nie polubić. Całość jest pisana lekko, naszpikowana lingwistycznymi żartami (z tego powodu, dobrze sięgnąć po oryginał, jeżeli ktoś dostatecznie zna angielski; zresztą, najlepiej przeczytać obie wersje, gdyż polskie tłumaczenie jest znakomite). Wszystko, co kochają czytelnicy sir Pratchetta - w przybliżeniu tak można streścić zawartość Trylogii.

Dla porządku dodam, że kolejność przedstawionych pozycji jest przypadkowa i nie należy się nią w żadnym razie sugerować. Ciąg dalszy rankingu prawdopodobnie ukaże się za tydzień.