:::: MENU ::::

czwartek, 9 kwietnia 2015

  • czwartek, 9 kwietnia 2015

Rzadko zdarza mi się sięgać po prozę, w której autor z największym pietyzmem dba o formę, nieco zaniedbując przy tym całą resztę elementów. To co obok Waldemara Bawołka przypomniało mi, dlaczego nie jest to szczyt moich czytelniczych preferencji.

Dla osób, które w literaturze szukają przede wszystkim artyzmu, to lektura bardzo dobra, napisana starannie i oryginalnie. Bawołkowi udało się wymieszać prostotę z unikalnością. Z jednej strony autor buduje czytelne, niemal banalne zdania. Z drugiej, łączy je ze sobą na swój własny sposób. Stąd dostajemy do rąk książkę, w której gęsto od znakomicie dobranych słów. Prawie nie ma w niej dialogów, zresztą - sposób prowadzenia narracji ich nie wymaga.

Zdecydowanie właśnie narracja jest w To co obok najbardziej interesująca. Przywodzi na myśl strumień świadomości, brnie w oniryzm. Wydarzenia nie wynikają tu z ciągu przyczynowo-skutkowego, następują po sobie pozornie przypadkowo, a przejścia między nimi są płynne. Ciekawy zabieg, chociaż doprowadził do tego, że w prozie Bawołka gubi się częstokroć sens. Pozostaje artystyczna dziwaczność.

Szkoda, bo tam, gdzie autor postawił na zwiększenie czytelności kosztem oniryzmu i absurdu, widać że jakiś sens w To co obok jednak jest. Dwa środkowe rozdziały różnią się bardzo mocno od początkowego i końcowego. W nich Bawołek porzucił narrację pierwszoosobową i chociaż próżno szukać tu linearnej logiki, jaśniej została określona tematyka.

Nie jest tak, że ów pierwszy i ostatni rozdział, wrzucające czytelnika w wir gładkich przejść między zdarzeniami, są zupełnie sensu i tematyki pozbawione. Autor podrzuca zdania-klucze, pomagające w interpretacji, ale całość tonie w przeroście formy nad treścią. Śledzimy senne przenikanie bohatera-narratora między scenami. Niektóre coś wnoszą, próbują ubierać w symbole, w większości jednak są pozbawione znaczenia. A przynajmniej znaczenia, którego faktycznie warto dociekać.

Trudno bowiem uznać, żeby To co obok wnosiło świeże spojrzenie na cokolwiek, emocjonalny ładunek czy chociaż stanowiło przyczynek refleksji. Niby mamy obiecaną w opisie społeczną panoramę, ale autor cały czas ślizga się po powierzchni. Pokazuje nam obrazy i uatrakcyjnia swoją mało unikalną perspektywę wymyślną formą. Są książki napisane jaśniej, a wnoszące więcej. Wysiłek, włożony w układanie interpretacyjnych puzzli, które podsunął czytelnikowi Bawołek, niekoniecznie jest wart swojej ceny.

W To co obok sposób narracji rządzi wszystkim, odrealnia tworzony obraz, a najbardziej cierpi na tym obraz ludzi. Zlani w jeden tłum, ograniczeni do imion i ról, orbitują wokół narratora. Pomagają go dookreślić, kiedy jest to wymagane, znikają, gdy ma być tylko lustrem odbijającym rzeczywistość. Czasem pozwalają na rzut oka w społeczeństwo, ale tak jak w przypadku całego otoczenia, tu także autor prześlizgnął się po powierzchni. Czytelnik wraz z nim.

Bardzo brakowało mi w To co obok jakiegoś wyrazistego elementu, bo autor ze wszystkim obszedł się łagodnie, w efekcie tworząc prozę dość nijaką. Nie zabłysnął frazą, chociaż przykuwa uwagę starannością języka. Nie zaoferował silnych emocji, namysłu, świeżego spojrzenia na jakikolwiek temat. Tylko zabawę w odnajdywanie sensu.