:::: MENU ::::

wtorek, 21 kwietnia 2015

  • wtorek, 21 kwietnia 2015

Koncert nieskończoności Grega Beara to z jednej strony książka ciekawa i wciągająca, a z drugiej bardzo typowa dla fantasy. Raczej nie spodoba się nikomu, kto tego gatunku nie lubi. Przy czym nie chodzi tutaj o wtórność, lecz pewne charakterystyczne rozłożenie akcentów.

Fantastyczny świat Beara jest unikalnym, połączonym z naszą rzeczywistością miejscem zsyłki ludzi, których przeniosła do niego muzyka. Trochę przywodzi na myśl czyściec. Ma własne, mocno odmienne od naszego zasady, rytuały, prawa oraz ciekawy system magiczny. Widać, że kreacji świata autor poświęcił sporo uwagi. Z pewnością jest on oryginalniejszy niż zrzynki z Tolkienam, których dość na półkach księgarń.

Niestety, nie udało się czytelnika Koncertu nieskończoności przekonująco w tę rzeczywistość wprowadzić i tutaj zaczynają się problemy. Bardzo wiele rzeczy pozostaje niejasnych. Autor początkowo prowadził narrację niespiesznie, mnożąc zagadki. Czytelnik poznaje odmienną rzeczywistość wraz z bohaterem, któremu nikt za bardzo nie chce nic powiedzieć. W efekcie mniej więcej w połowie książki, okazuje się, że nie wiemy nic. Gdyby Bear dalej ciągnął podobnym tempem, Koncert nieskończoności zapewne rozrósłby się w kilka tomów. Stąd akcja nagle przyspiesza. Jednym słowem, przez pół książki nie dzieje się nic, a przez następne pół nagle zaczyna dziać się wszystko. Nie zmienia to faktu, że całość jest wciągająca, chociaż raczej przez kreację świata niż znakomitą fabułę.

Główny bohater, Michael, jest młodym, niedorobionym poetą i wybrańcem. Tak, niestety od początku do końca Koncert nieskończoności realizuje ten ograny motyw. Michael oczywiście wzdraga się przed swoim zadaniem ratowania świata i głównie przeszkadza w uczynieniu z niego kogoś, kto byłby w stanie takiej misji podołać.

Bear wyraźnie próbował zrobić z Michaela ostoję człowieczeństwa w nieludzkim świecie, który odrzuca wartości naszemu gatunkowi bardzo bliskie. Efekt jednak nie poraża i chociaż Michaelowi można przyznać racę, robi się to zaskakująco niechętnie. Bohater jest bowiem stosunkowo niekonsekwentnie prowadzony, podejmuje decyzje, by zaraz zapragnąć ich zmiany. To wszystko składa się na obraz chimerycznej, irytującej postaci.

Znacznie lepiej wypada drugi plan - ludzie, zesłani do magicznego świata i przedstawiciele rasy Sidhów. Szczególnie ci drudzy to klasa sama w sobie, może ponieważ patrząc na Michaela, ich pogarda do gatunku ludzkiego jest całkiem zrozumiała. Sidhowie mogą kojarzyć się z elfami w bardziej złośliwej i dumniejszej wersji. Zarazem autor wykorzystuje ich głównie jako antagonistów, ewentualnie niechętnych bohaterowi pomocników, co znacząco spłaszcza cały obraz świata.

Bardzo nieciekawie prezentuje się polski przekład Koncertu nieskończoności, zwłaszcza dotyczy to pojawiającej się dość często poezji. Banalne rymy, metafory od których bolą zęby i nieumiejętność przekazania odautorskiej myśli mocno zniechęcają do czytania kolejnych strof. Także w toku narracji zdarzały się drobne potknięcia.

Koncert nieskończoności to typowy przykład fantasy, które ma do zaoferowania świat, magię, trochę przygód i... nic więcej. Gdyby odrzeć powieść z unikalnego uniwersum, byłaby to opowiadająca o wybrańcu historia, jakich wiele. Mało wartka akcja sprawia, że trudno uznać powieść za znakomite czytadło. Również miłośnicy głębszych treści raczej się rozczarują.