:::: MENU ::::

czwartek, 21 maja 2015

  • czwartek, 21 maja 2015


Angerman miał dość ambicji, by spróbować napisać niegłupią książkę. I wystarczająco wiele fabularnego zmysłu, żeby zakopać przekaz w pościgach, walkach oraz przekleństwach. Mogła z tej mieszanki powstać emocjonująca, wulgarna, wstrząsająca powieść. Zamiast tego autor dał nam potworka - Tożsamość Rodneya Cullacka.

Nawet nie chodzi o to, że ta książka jest zła na poziomie pomysłu, chociaż mocno przeszkadzają zachwiane proporcje. Przez większą część powieści miejsce mają wydarzenia, w ślimaczym tempie zbliżające głównego bohatera (który wcale nie nazywa się Cullack) do rozwiązania zagadki świata. Jest owo rozwiązanie raczej rozczarowujące, wtórne wobec koncepcji Matrixa, ale autor w ciekawy sposób pchnął sprawy dalej, rozszerzając możliwą interpretację. Szkoda, że zrobił to dopiero na kilku ostatnich stronach.

Wszystko, co przedtem, jest bardzo źle wykonaną nudą. Fabuła niby obfituje w wydarzenia, ale to taki klasyczny ciąg pogoni, potyczek i seksu. Mnóstwo akcji, mało treści. W tle filozoficzne, acz niezbyt powalająca rozważania bohatera. Jego monologi i dyskusje ze spotkanymi na drodze ludźmi mogłyby coś wnosić, gdyby ktokolwiek w tej powieści był... ciekawy.

Niestety, kreacja postaci nie zachwyca. To mało charakterystyczne marionetki, wycięte z grubej tektury tylko po to, by dźwigać na swoich barkach fabułę. Ktoś musiał dotrzeć do filozoficznego przekazu Tożsamości, więc Angerman stworzył bohaterów. Tak to mniej więcej wygląda z perspektywy czytelnika.

W dodatku ciężko doszukiwać się u bohaterów Angermana logiki. Zimny, świetnie wyszkolony agent wierzy w kiepską historyjkę o wiecznej miłości. Kobieta, która mu ją sprzedaje, pojawia się i znika, kiedy akurat jest potrzebna. To zresztą dotyczy ogółu postaci. Właściwie nikt nie dąży tu do własnych celów, wszyscy zdają się istnieć tylko po to, by w odpowiedniej chwili przeciąć drogę protagoniście.

Tak samo ma się sprawa ze światem przedstawionym. Niby jest, ale składa się z kilku raptem lokacji, krążących w mało konkretnej rzeczywistości. Nowe miejsce pojawia się, gdy autor go potrzebuje na drodze swego bohatera do katharsis. Sporo w całości krajobrazów, nawiązującej do innych dzieł - Diuny, Matrixa, gibsonowskiego cyberpunku.

Książkom można wybaczyć naprawdę wiele, ale nie to, że są źle napisane. Czytanie Tożsamości jest równie przyjemne jak rozgryzanie skał. Wyraźnie widać, że autor stylizuje celowo, by uwiarygodnić pierwszoosobową narrację. Jednocześnie niewiarygodnie to męczy. Narrator ciągle zapętla się w opisywaniu wydarzeń, w efekcie dostajemy akapity, w których kilka razy powtarza się to samo. Zazwyczaj dotyczy to kompletnie nieistotnych informacji, niszczy jakąkolwiek dynamikę, nawet w scenach walki, których przecież nie brakuje.

Z żalem stwierdzam, że spotkanie z Tożsamością Rodneya Cullacka należało do jednych z najbardziej nieudanych w tym roku. Autor miał niegłupi pomysł i ambicję, ale zabrakło wszystkiego innego. W efekcie tego dostaliśmy powieść, która mogłaby się podobać, gdyby nie marne wykonanie.