:::: MENU ::::

czwartek, 7 maja 2015

  • czwartek, 7 maja 2015
Krótko przed obejrzeniem Czasu Ultrona (recenzja wkrótce TM) postanowiłam trochę nadrobić zaległości w MCU i przyjrzeć się Kapitanowi Ameryce. Na pierwszy ogień poszedł Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz, ponieważ poprawna chronologia jest dla słabych. I wszyscy znają tę historię. No, przynajmniej ja znam.

Twórcy znakomicie wykorzystali mało obiecującą postać jednego z najbardziej typowych, amerykańskich bohaterów, wyciskając z niej wszystko, co się da. Steve Rogers mógłby być śmiesznym gościem z zeszłej epoki, niosącym kaganek dawno umarłych idei. Taką mniej więcej rolę spełniał w Avengers - i nie był to pomysł szczególnie udany.


Pozycja Kapitana w Zimowym Żołnierzu jest już znacznie lepsza. Przywykł on do nowej rzeczywistości, zaczyna się w niej odnajdywać i ma czas na wątpliwości. Oto wyznawane przez niego idee zaczęły być realizowane w praktyce. Jak to często z ideami bywa, również te amerykańskie nie sprawdzają się najlepiej i mają swoją mroczną stronę. Zniewolenie czy bezpieczeństwo - Steve Rogers, patrzący oczami człowieka sprzed tragedii WTC, musi zmierzyć się z problemem, który nieustannie wraca po tamtym pamiętnym zamachu. Twórcy niby udzielają odpowiedzi, niby podsuwają widzowi złych, których można obciążyć winą... ale robią to w sposób, który pozostawia po sobie niepokój. Świadomość, że w pewnym momencie jego własny strach wyrwał się społeczeństwu spod kontroli i obrócił przeciw niemu.

Obok Rogersa są oczywiście inne postaci - Czarna Wdowa, Nick Fury, agenci, Falcon, wreszcie tytułowy Zimowy Żołnierz. Chociaż ich kreacji nie dotyczą przemyślenia równie głębokie jak Kapitana, wszystkich bohaterów napisano bardzo starannie. W filmie czuć emocje, można się przejąć rozterkami Natashy, poczuć dramat Żołnierza, zrozumieć nieufność Fury'ego. Nawet dotyczące lojalności wątpliwości agentów nie zostawiają obojętnym. Marvelowi konsekwentnie udaje się coś, na czym wiele blockbusterów sromotnie polega. Stworzenie pełnokrwistych bohaterów, którzy wzbudzają sympatię.


Zawsze i wszędzie chwalę castingowe wybory do MCU, tak jest również w tym przypadku. Jackson jest niezapomniany ze swoim sposobem mówienia jako Fury. Evans to Kapitan Ameryka jak malowany. Scarlett Johansson, z łagodną urodą i diablim uśmiechem, jest już chyba kanonicznym wizerunkiem Czarnej Wdowy. A Stan, z postawą mordercy i niewinnością w oczach, wykreował bardzo interesujący czarny charakter.

Konwencja filmu bardzo służy psychologicznemu pogłębieniu postaci. Oglądając Kapitana Amerykę i świeżego Daredevila można odnieść wrażenie, że MCU dorasta. Zwiastuny Czasu Ultrona pokzują, że jest to wrażenie mylne i trochę nawet szkoda. W Zimowym Żołnierzu dominuje konwencja thrillera czy też filmu szpiegowskiego. Mnóstwo jest tu przemykania się w obawie przed nakryciem, kameralnych walk na kilka osób, tajemnic i ukrywania się przed wszechwładną organizacją. Dostajemy też sporą dawkę eksplozji, spadające pojazdy powietrzne i niesamowite technologie. Wszystko to splata się na tyle dobrze, że trudno wskazać, które elementy są lepsze.


Jak często u Marvela bywa, nie podoba mi się muzyka. Nie zapada w pamięć, nie podkreśla obrazu, nie łączy z nim w akceptowalny sposób. Szkoda, że ten ważny element filmowego przekazu jest tak konsekwentnie przez twórców lekceważony, ale pewnie nie można mieć wszystkiego.

Jeżeli - tak jak ja - nie lubicie Kapitana Ameryki, powinniście obejrzeć Zimowego Żołnierza. Ta postać dostała filmem drugą szansę, która nie została zmarnowana. A nawet jeżeli Rogers was do siebie nie przekona, zawsze będziecie mieli na ekranie Czarną Wdowę.