:::: MENU ::::

środa, 27 maja 2015

  • środa, 27 maja 2015

Są takie dni, ludzie i wydarzenia, w które się zwyczajnie nie wierzy. Załóżmy że pewnego dnia tego typu wpada mi w ręce książka takiego człowieka, opowiadająca o takich wydarzeniach. To chyba najbardziej pobieżne omówienie Złego jednorożca.

Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś postanowił stworzyć mięsożernego jednorożca (oczywiście, zmyślam teraz, bo nie mam pojęcia od czego się zaczęło - ale mam nadzieję, że zmyślam z polotem), a wokół niego zbudował świat równie absurdalny jak sama koncepcja. Wyszła z tego kraina, zamieszkana przez magów w szaty w gwiazdki, grających w golfa mnichów i ogniste kocięta.

Fabuła nie ogranicza nas do tego - zgodnie z zasadą, że nie ma żadnych zasad, fantasy przeplata się tu z wizją przyszłości rodem ze sztampowego science fiction. Jakkolwiek taka mieszanka brzmi na tle jednorożców i całej reszty, ma to swój ogromny urok. Ten oryginalny, szalony, a przecież niepozbawiony logiki świat to największy atut powieści Platte F. Clarka.

Drugi w kolejności jest humor. Inteligentny, pełen nawiązań do naszej rzeczywistości, może nie najwyższych lotów, ale jednak sympatyczny. Nie brak w książce celnych sformułowań, które aż ma się ochotę zapisać gdzieś na boku do wykorzystania w stosownej sytuacji ("Osoby naruszające prawa autorskie będą nie tylko ukarane z całą surowością prawa, ale też przywiązane do Drzewa Niedoli i lizane przez ogniste kocięta").

Na przyzwoitym poziomie stoi kreacja postaci, bo chociaż płytka - jak to w absurdalnych komediach - jest jednak wyrazista. Nieudacznik Max, potomek potężnego Rozdzieracza Światów, którego imię oznacza swędzenie tyłka, jego uzależniony od gier przyjaciel, sztylet udzielający rad bez związku z sytuacją, bojący się podziemi krasnolud, krwiożercza Księżniczka, nacierające się w celach obronnych miętą frobbity... kreacja antagonistów także nie zawodzi. Chociaż podział na białe i czarne jest wyraźny, źli są odpowiednio groteskowi i mroczni. Zupełnie jak zombie-kaczka.

Stosunkowo najsłabiej wypada Sara, jedna z niewielu postaci dziewczęcych. Dziewczyna jest płaska jak karton, ot, kolejna kopia Hermiony Granger, z paroma nowymi cechami i zmienioną fasadą.

Łatwo się zorientować, że Zły jednorożec nie przyniesie nikomu głębokich emocji i nie skłoni do przemyśleń, ale fabuła - dziejąca się w kilku światach i czasach - naprawdę wciąga. W zasadzie dorosły człowiek powinien chyba czuć się zażenowany, gdy opowiada znajomym, że czyta o mięsożernym jednorożcu, ale co tam - opowieść jest warta grzechu. Nawet jeżeli to tylko prosta baśń w szalonej scenerii. Czy może raczej zaczątek baśni, bo zakończenie jest otwarte. Bardzo. Szeroko. Otwarte. A kolejne części, o ile się orientuję, zapowiedziane.

Najbardziej widać dopasowanie do młodszego targetu nie w samej fabule i koncepcji, ale w warstwie języka. Clark pisze prosto i czytelnie, śmiało popycha akcję naprzód, zostawia duże pole dla wyobraźni. A jednocześnie niejednokrotnie pokazuje, że jeżeli chce, to językiem bawić się potrafi. W tym miejscu gigantyczny ukłon należy się Piotrowi Cholewie za jego tłumaczenie. Wypowiedzi barbarzyńskiego króla czy bardzo... hm... "totalne" kwestie nastolatków to perełki. Podobnie rozważania mówiącego sztyletu.

To jedna z dziwniejszych rekomendacji na tym blogu, ale w pełni zasłużona: Jeżeli dostrzegacie geniusz samej idei, to Zły jednorożec z pewnością was nie zawiedzie. A całkiem prawdopodobnie solidnie zaskoczy. Natomiast jeżeli naprawdę, ale to naprawdę, nie widzicie nic świetnego w mięsożernym jednorożcu, wiewiórkach dążących do podbicia świata i zombie-kaczkach, to pozostaje mi pogratulować dojrzałości. I solidnie wam współczuć, nudziarze.