:::: MENU ::::

piątek, 29 maja 2015

  • piątek, 29 maja 2015
Możliwe że to zabrzmi dziwnie lub - co nawet bardziej prawdopodobne - będzie trąciło niepoprawnie naiwnym optymizmem, ale spodziewałam się po Morderczej oponie dobrej zabawy. Guma ze zdolnościami psi to jeden z tych szalonych, ale uwodzicielskich pomysłów. Jak krwiożerczy serek homogenizowany lub morderstwo łyżeczką.

Zamiast jednak rozwinięcia skrzydeł i wykorzystania skręcającej mózg idei (skręcającej trochę inaczej niż zwykło to czynić hard sf, ale zawsze), dostałam nudę. Niespełna półtoragodzinny seans, który ciągnął się jak na wpół roztopiona krówka. Tylko że wcale nie był słodki. Dupieux mógł zrobić szaloną komedię albo inteligentny pastisz. Potencjał na obie te rzeczy w Morderczej oponie jest. Niestety, coś się nie udało. Kompletnie.


Początek w ogóle nie zapowiada porażki, jest pięknie, wspaniale, absurdalnie śmieszny. Samochód rozjeżdżający zygzakiem krzesła, wysiadający z bagażnika gość, któremu nalewają do szklanki wody, żeby mógł ją wylać i przemówić do widzów. Widzów, którzy okazują się jak najbardziej należeć do filmowego świata i obserwują poczynania opony. Świetna koncepcja z taką szkatułkową budową.

Fragmenty poświęcone widowni pozostają niezłe, chwilami nawet umiarkowanie zabawne. Cóż z tego, skoro przez większość czasu ekran należy do opony. Ta zaś nie robi właściwie nic, toczy się po piaskach, śledzi kobietę i rozrywa na strzępy sztuczne jak diabli zwierzątka futerkowe. Z rzadka ładne ujęcie pozytywnie zaskoczy człowieka, o ile nie zaśnie on dużo wcześniej.


Są w tym jacyś bohaterowie, ale czym oni się od siebie różnią - poza wyglądem - to kompletnie nie wiem. Aktorzy się starają, nie mając za bardzo pola do popisu, bo grają najbardziej spłaszczone i sprowadzone do przeciętnej postaci, jakie pastisze znały. Brakuje tu charyzmy, polotu, brakuje odrobiny chociaż emocji.

Ładne są zdjęcia i całkiem przyzwoita muzyka, która uprzyjemnia czas, gdy widz nie ma innego wyboru niż oglądanie toczącej się po piaskach opony. Mam poważne wątpliwości, czy to wystarczy, by ktokolwiek przyjął Morderczą oponę z entuzjazmem. Niczego nie odbierając kompozycji, Mozart to nie jest.


Obraz - może, fabuła - nie, aktorzy - nie, muzyka - ewentualnie. Doprawdy nie wiem, po co w ogóle obejrzałam ten film od początku do końca. Zwiódł mnie dobry trailer i pomysł, z którego wiele można było wycisnąć. Ale próżne nadzieje. Seans Morderczej opony to półtorej bezcelowej, nudnej godziny, wyjętej z życia.