:::: MENU ::::

poniedziałek, 25 maja 2015

  • poniedziałek, 25 maja 2015
W ten weekend odbył się w Gliwicach jednodniowy SpaceCon II, na którym się - a jakże - pojawiłam. Większość czasu poświęcając, szczerze mówiąc, na grę w planszówki. Pozwolę sobie napisać o każdej kilka słów, chociaż - siłą rzeczy - nie będą to pełnoprawne recenzje. Trudno o takie, kiedy się grało w każdy tytuł jeden raz.



Pan Lodowego Ogrodu



Absurdalnie rozbudowana gra. Znaczy, poważnie - świetnie oddaje klimat PLO, jest ładna i interesująca, ale mnogość i pewien brak intuicyjności zasad przeraża. Żeby w ogóle rozłożyć planszę i przeczytać ze zrozumieniem instrukcję, potrzeba dłuższej chwili. A i tak miałam wrażenie, że nasza gra toczyła się trochę na chybił-trafił.

Trudno zresztą, żeby było inaczej. W Panu Lodowego Ogrodu istnieją dwa możliwe warianty gry i trzy drogi do zwycięstwa, a jedna z tych dróg zależy od postaci, którą gramy. Każda ma też inne jednostki, a tym samym możliwości. Dodajmy do tego fakt, że wszystko kręci się wokół wpływów w poszczególnych regionach. Mamy zatem pełną możliwości strategię z niezliczoną ilością taktyk, których opanowanie wymaga na pewno sporo czasu.

W przypadku partii na dwie osoby trochę razi brak balansu postaci, to znaczy realizacja celów jednych jest znacznie łatwiejsza niż innych. Przypuszczam, że w grze czteroosobowej, gdzie na planszy jest znacznie... ciaśniej... te różnice mogą być mniej wyraźne.



Mumia. Wyścig w bandażach



To z kolei prościzna, raczej dla młodszego gracza, bo każdy jest w stanie przyswoić sobie zasady. Jednocześnie gra wymaga lekkiego strategicznego zmysłu, bo zdobycie odpowiedniej ilości punktów jest tutaj kluczowe. Mając na planszy trzy pionki, mumię i trochę strażników, dość łatwo uniemożliwić to przeciwnikowi i jednocześnie zapewnić sobie. Oczywiście przy optymistycznym (i fałszywym) założeniu, że druga strona nie ma podobnych planów.

Bardzo interesującym rozwiązaniem jest skracanie trasy gry w miarę przebiegu rozrywki - dzięki temu z każdą turą staje się ona bardziej dynamiczna.



Robinson Crusoe. Przygoda na przeklętej wyspie



Jeżu i borze, jakie to jest trudne. Niby gra kooperacyjna, gdzie jedynym zadaniem jest przeżycie na bezludnej wyspie i realizacja jednego z wielu bardzo interesujących scenariuszy. Wbrew pozorom już samo przetrwanie nie należy do najprostszych zadań, nie wspominając o walkach z cholernymi kanibalami. Przeciwko graczom jest tutaj... w przybliżeniu wszystko (rany z powodu padającego deszczu, serio?).

Zarazem to chyba najfajniejsza gra, do jakiej udało się nam dorwać. Niesamowicie klimatyczna, wciągająca, rozbudowana. Rozgrywka (chociaż bardzo krótka z racji krokodyli, śniegu i w konsekwencji nagłych zgonów) była bardzo przyjemna i zabawna. Dodatkowy plus to fakt, że mamy do czynienia z kooperacją. Owszem, konkurowanie ze sobą jest jedną z lepszych rzeczy w grach, ale współpraca w celu przetrwania sprawdza się lepiej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.



Wiecie już, na co zmarnowałam cały jeden dzień konwentu (oczywiście pomijając te momenty, kiedy spałam wygodnie w miękkim łóżeczku). Osobiście nie żałuję, liczący na relację być może tak. Już w środę recenzja Złego jednorożca, a w piątek... zobaczymy. Pewnie długo wyczekiwane Rubber.