:::: MENU ::::

niedziela, 17 maja 2015

  • niedziela, 17 maja 2015
Z racji dość intensywnego świętowania w ostatnich dniach, nie jestem w stanie mimo wielogodzinnego wysiłku popełnić rozbudowanego wpisu o czymś. Dlatego dzisiaj będzie nieco mniej szczegółowo, a za to obszerniej. Czyli o planach czytelniczo-oglądaczych na najbliższy czas (uwaga techniczna - niekoniecznie recenzje tego wszystkiego ukażą się na blogu, a nawet jeśli, to pewnie ze sporym poślizgiem).



Książki


Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa Murakamiego były dla mnie zakupem dosyć naturalnym jako dla fanki autora i dokonanym bardzo szybko po premierze. Biorę się za książkę dopiero teraz i już mi się podoba. Na pierwszy rzut oka przypomina trochę Norwegian Wood ze spokojnym rytmem i realistyczną fabułą.

Z kolei Zły jednorożec Platte'a F. Clarke to zwariowana jazda bez trzymanki, chociaż raczej dla młodszych czytelników. No ale na logikę - co może nie podobać się w opowieści o krwiożerczym jednorożcu, który postanowił posmakować ludzkiego mięsa? I o wiewiórkach z niecnymi planami? I o czarnoksiężniku, którego powóz ciągnie niszczycielska zombie-kaczka?

Pieśń krwi Grega Beara to klasyk, pewnie znany większości fanów science-fiction, z przyjemnością więc go nadrobię. Moja dotychczasowa, mocno ograniczona styczność z twórczością autora, skłania mnie raczej do uważania jego dokonań za przeciętne. Liczę ze strony Pieśni na pozytywne zaskoczenie.

Z kolei po Władcy piasków Elizy Drogosz zbyt wiele się nie spodziewam, ale książka - mimo klątwy vanity - została wydana ładnie, a po przejrzeniu w księgarni wydała się znośnie napisana. Przeniesienie schematu rodem z tradycyjnego paranormal romance między egipskich bogów to w sumie trafiona koncepcja. Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie.

Nuda Pierścieni Beatda i Kenneya to podobno parodia Władcy Pierścieni. Chociaż innej, klasycznej pozycji tego rodzaju - Śrubziemia - nie wspominam specjalnie ciepło, zaryzykuję. Być może ta znacznie krótsza wersja okaże się lepsza. Lub przynajmniej zabawniejsza.



Filmy


Blade - Wieczny łowca i cała reszta serii oraz wszystkie seriale (czyli jeden i anime). Nie, żebym nie znała postaci Blade'a, oglądałam też filmy, ale jako dziecko, ukradkiem. W gruncie rzeczy warto byłoby znowu im się przyjrzeć i przeanalizować. Tym bardziej, że ja wampiry strasznie lubię - taka słabość niewinna i przeszkadzająca w byciu oryginalnym - chociaż w drapieżnej wersji. Lubię też ciemnoskórych mężczyzn, co chyba wszyscy czytelnicy bloga już wiedzą. Więc... no... must watch.

Nie widziałam za to innego klasyka, czyli Kill Billa, co jest o tyle nielogiczne, że przecież filmy tego typu całkiem lubię, a to pozycja bardzo znana. Najwyższa pora nadrobić tą straszną zaległość. Pytanie, kiedy wreszcie to się uda, bo wyraźnie mi z filmem nie po drodze.

Django. Strasznie chciałam wybrać się na ten film do kina, bo naprawdę składa się ze wszystkich elementów, które lubię. Dzieło Tarantino, aktorska śmietanka (Waltz, Di Caprio, Jackson - no ktoś delikatnie przesadził z wysoką jakością obsady), interesujący, niegłupi temat. A ja tego nie widziałam. Czas naprawić ten błąd.

Staram się oglądać filmy z MCU, ale niektóre z różnych względów mnie nie ciekawią, a należą do nich Strażnicy Galaktyki. Słabo (jak dotąd) powiązani z główną osią fabularną, odwołujący się do Kina Nowej Przygody, o niespecjalnie zachęcających recenzjach... niemniej chyba nadeszła pora, żeby się przełamać i uzupełnić luki. To samo dotyczy zresztą Kapitana Ameryki.

Jak zostać królem polecała mi swego czasu koleżanka, zresztą Rush jest jednym z moich ulubionych aktorów (i podoba mi się chyba każdy film, w którym grał), a Firtha i Carter również lubię, więc w zasadzie zachęt mi nie trzeba. Jak często bywa z filmami, również ten jakoś mi koniec końców umknął. Przynajmniej mam co nadrabiać.



Seriale


Legenda Korry, a konkretnie jej dwa ostatnie sezony, to wielka luka w moich serialowych maratonach. Przyznaję, że kontynuacja wciągnęła mnie znacznie mniej niż przygody Aanga (co w sumie nie jest takie złe, bo przez nie zawaliłam sesję). Co oczywiście wpływa na moje raczej leniwe podejście do serialu. Niemniej, nie był zły, wypadałoby więc zapoznać się z nim do końca.

Upadek zdaje się być (przynajmniej na papierze) moją największą stratą, jeżeli o seriale chodzi, stąd zdecydowanie zamierzam się w końcu za niego zabrać. Interesuje mnie szczególnie postać głównej bohaterki, odrzuca natomiast konwencja kryminału, którą niespecjalnie lubię. Niemniej z racji na nietypową postać kobiecą, mam nadzieję całość bezproblemowo strawić.

Luther z kolei zawiera zbyt duże stężenie aktorów, których uwielbiam (Elba! Varma!), bym sobie mogła go odpuścić, więc siłą rzeczy tego nie uczynię. Tylko niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego wszystko jest teraz kryminałem? Naprawdę za nimi nie przepadam. Z drugiej strony, może mnie czegoś nauczą.

Diabli wiedzą, o czym w zasadzie jest Brama piekieł (być może lepiej znana jako Darker than Black), ale to anime, które sporo osób mi polecało i zbiera dobre oceny. Wygląda to na interesujące, ciężkie, niegłupie i brutalne, co generalnie popieram całym sercem.

Jeszcze bardziej obiecująco zapowiada się Ergo Proxy, mieszanka science fiction i horroru narysowana bardzo interesującą, chociaż nie udziwnioną kreską. Odrobinę martwi mnie fabuła, która zdaje się nie wychodzić poza utarte schematy gatunku. Może jednak twórczo je wykorzystała, albo całość pójdzie w niespodziewaną stronę. Liczę na to.



Na koniec kilka słów o nadchodzących recenzjach, za których kolejność jednak nie odpowiadam. Zapowiada się na to, że sporo będę w najbliższym czasie narzekać. Obejrzałam wreszcie Berserka i Rubber (to naprawdę był z mojej strony błąd). Zrobiłam sobie powtórkę z sympatycznego, ale mało twórczego Green Green, które lubię, ale i tak zrecenzuję niezbyt entuzjastycznie. Przeczytałam również Tożsamość Rodneya Cullacka, która niestety solidnie mnie rozczarowała.