:::: MENU ::::

wtorek, 2 czerwca 2015

  • wtorek, 2 czerwca 2015

Ciężko mi pisać o Green Green, przede wszystkim dlatego, że to jest anime z jednej strony niezasługujące na notkę, a z drugiej - widziałam je już dwa razy i nie nudziłam się. To pewnie specyfika komedii bez poważniejszych ambicji. Ogląda się je dobrze, ale po krótkim namyśle można dojść do wniosku, że nie wiadomo, dlaczego właściwie tak się dzieje.

Green Green to ecchi, które spełnia wszystkie wymagania gatunku. Są tu więc napaleni młodzieńcy, piersiaste dziewczęta i główny bohater, który podoba się wszystkim, bo jest po prostu normalny. Jako dodatek - sceneria odizolowanej od świata szkoły na zadupiu.

Tym, co anime wnosi ciekawego, jest bez wątpienia wątek science fiction, całkiem niezły, ale podrzędny wobec seksualnych żartów. Odwrotnie wyglądały proporcje w świetnym No Game No Life i niestety widać na pierwszy rzut oka, że takie rozegranie spraw wypada lepiej. Bowiem Green Green, mimo powoli odkrywanej tajemnicy i dość widowiskowego zakończenia, to przede wszystkim zbiór epizodów. Sympatycznych, umiarkowanie śmiesznych, przerysowanych.

Drażniła mnie, właściwie cały czas, kreska. Z jednej strony kompletnie pozbawiona indywidualności, z drugiej dosyć koślawa. Anime jest po prostu brzydkie. Trafiają się niezłe ujęcia (głównie majtek, co tu owijać w bawełnę), ale poza tym wiele rzeczy irytuje. Tło nie przykuwa uwagi, włosy wykrzywiają niemożebnie głowy, twarze są do siebie raczej podobne. Zwłaszcza damskie bohaterki rozróżnia się głównie po rozmiarze biustu, ubiorze i fryzurze. Jasne, w anime różnicowanie postaci żeńskich zwykle jest mniejsze niż męskich... ale już bez przesady.

Muzyka jest niezła, mi nie całkiem przypadła do gustu, ale innym może się spodobać. Niemniej to również nic wielkiego, sympatyczna rzecz do przesłuchania, niezbyt zapadająca w pamięć.

I takie jest całe Green Green. Sympatyczne, miłe żeby się odstresować, ale niebudzące zachwytu ani kunsztem wykonania, ani fabułą, ani przekazem. Można je lubić, ciężko zostać przez nie olśnionym. Po prostu niezły wypełniacz czasu.